Wywiad #3 Jak opowiedzieć niezapomnianą historię za pomocą aparatu? Kamil Korczyński o transformacji swojej ścieżki zawodowej

Jak po wielu latach pracy w korporacji rozstać się z dotychczasowym stylem życia, by realizować własny pomysł na siebie i swoją ścieżkę kariery? Czy w świecie zawładniętym przez wyretuszowane obrazki, wciąż można ukazać rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę?

Poznajcie Kamila Korczyńskiego, fotografa ślubnego, którego głównym obiektem artystycznej fascynacji jest człowiek i prawda, którą skrywa.

 

(…) nie umiem wskazać, co tak naprawdę wpłynęło na moją decyzję o zmianie. Chyba bardziej ta miłość to fotografii, niż zniechęcenie do dotychczasowej pracy.”

I stało się. Jesteś pełnoetatowym fotografem. Co się zmieniło w Twoim życiu w związku z tą transformacją ścieżki zawodowej?

Pierwsza rzecz, która nasuwa mi się na myśl, to że wcześniej nie musiałem pracować w weekendy (śmiech). A praca w dni kiedy większość ludzi ma wolne to faktycznie jest dość negatywny aspekt tego zawodu. Weekend jest czasem spotkań z rodziną i znajomymi, który  mnie najczęściej omija. W piątki zwykle wychodzę tylko na chwilę, bo kolejnego dnia muszę być w pełni sił. Sobota odpada zupełnie, bo prawie wszystkie spędzam fotografując śluby. Za to niedziela jest dla mnie dniem na życie prywatne. Wtedy odkładam aparat i przeznaczam ten czas na inne zajęcia.

Twoja organizacja pracy w tygodniu roboczym też uległa zmianie?

Jestem przyzwyczajony do trybu pracy w określonych godzinach, od przysłowiowej 9 do 17 i bardzo staram się przenieść to przyzwyczajenie na swoją nową drogę. Wstaję wcześnie rano, tak samo jak wtedy kiedy pracowałem na etacie. Najgorszą pułapką, jaką można zasadzić na samego siebie jest spanie do południa i zarywanie nocy – znam parę osób prowadzących własne biznesy, które niestety w nią wpadły.

 To poranne wstawanie pomaga Ci podtrzymać samodyscyplinę, lepiej się organizować?

Tak. Każdego ranka sporządzam sobie plan dnia, wyznaczam zadania, które chciałbym zrealizować i na tym się skupiam. Początkowo siadałem do zrobienia „czegoś”, ale w połowie dnia nagle orientowałem się, że spędziłem kilka godzin na robieniu rzeczy, które w danym momencie były akurat mało istotne. I to właśnie jest definicja braku szefa, który w pracy na etacie jest między innymi po to, aby wyznaczyć priorytety. Prowadząc biznes trzeba samemu sobie być szefem, a równocześnie samemu sobie często się pobłaża – na to trzeba uważać.

Czym zajmowałeś się gdy miałeś szefa?

Z wykształcenia jestem logistykiem i pracowałem w branży transportu lotniczego. Moja ścieżka kariery była dotychczas ściśle związana z wykształceniem i przez długi czas myślałem, że wszystko jest tak jak być powinno. Jednak pewnym momencie mocno zmęczył mnie tryb pracy korporacyjnej. Ciągłe analizowanie wskaźników, tabelek –  to jest dosyć eksploatujące. Równocześnie nie uważam, że ta praca była jakaś zła, wręcz przeciwnie, lubiłem ją, była nawet kreatywna, bo zajmowałem się znajdowaniem rozwiązań lotniczych, co wymagało nieszablonowego myślenia, czasem kombinowania. Dlatego nie powiem nic złego na temat spędzonych w niej lat, że mnie zniszczyły, podcięły skrzydła… Nie, nic takiego. Po prostu chyba przyszedł mój czas.

 Ile lat pracowałeś w tej firmie?

10 lat. 5 lat w filii we Wrocławiu, później przeniosłem się do Warszawy, zmieniłem stanowisko.  Nie umiem wskazać co tak naprawdę wpłynęło na moją decyzję o zmianie. Chyba bardziej ta miłość to fotografii, niż zniechęcenie do dotychczasowej pracy. A ta miłość rozwijała dość długo, bo pierwszy ślub sfotografowałem chyba w 2013 roku.

„(…) moja miłość do fotografii rozwijała dość długo, bo pierwszy ślub sfotografowałem w 2013 roku.”

To cofnijmy się jeszcze bardziej w czasie. Żeby być na tym pierwszym ślubie z aparatem, musiałeś się interesować fotografią. Pamiętasz kiedy to zainteresowanie się zaczęło i jak ewoluowało?

Jasne, pamiętam jak rodzice kupili mi pierwszy aparat jeszcze w liceum to była nie lustrzanka tylko taki aparacik bez wymiennej optyki. Taka bardziej zaawansowana „małpka”. Początki polegały głównie na robieniu portretów koleżankom… Miałem szczęście, że na studiach trafiłem w  środowisko artystów. Część ludzi była z Akademii Muzycznej, mój przyjaciel grał w zespole, jedna z koleżanek malowała obrazy, była po szkole artystycznej, ktoś robił zdjęcia makro. Było mi łatwo się wśród nich odnaleźć. W zasadzie jak już ten aparat miałem, to działanie było bardzo łatwo wdrożyć w życie. Razem z tymi znajomymi nakręcaliśmy się do realizowania kolejnych projektów, chcieliśmy nawet zrobić studio fotograficzne, żeby robić sesje modowe. Jedną z tych sesji opublikowano w internetowym magazynie modowym. Choć wtedy to nie było nic wielkiego, to dodało pary do dalszego działania. Wszystko zaczęło jednak gasnąć, kiedy zacząłem pracę. Nagle zrobiło się mniej czasu. Oczywiście, wtedy też moja samoświadomość była inna niż obecnie, nie miałem konkretnego pomysłu na siebie. Były lata, podczas których aparat zupełnie poszedł w kąt.

Ale ostatecznie fotografia wygrała…

Tak, ale żeby podjąć tę decyzję musiało nastąpiło swego rodzaju przesilenie. Wzlotów i upadków w mojej relacji z aparatem było sporo, ale w pewnym momencie zafascynowałem się fotografią dokumentalną i autorami zdjęć dokumentalistycznych. W tamtym czasie, więcej czytałem o fotografii niż faktycznie fotografowałem. Wiele w moim postrzeganiu tej dziedziny zmieniły wtedy dwa zbiory esejów Susan Sontag, poświęcone stricte fotografii. Równocześnie zacząłem więcej fotografować podczas wycieczek i prywatnych wyjazdów, bardziej zwracałem uwagę na ludzi, mieszkańców danych miejsc, a nie tylko na krajobrazy. Poczułem, że to człowiek jest dla mnie głównym, interesującym obiektem każdego z tych miejsc. Zapaliła się we mnie chęć, żeby zrobić reportaż podróżniczy. Kiedy sam podróżuję, owszem robię zdjęcia, ale są to raczej zdjęcia bez ścisłego wzajemnego związku. Chciałbym za to obrać sobie konkretny temat i za nim podążać – żeby to on był tym głównym drogowskazem mojej podróży. Reportaż to przede wszystkim projekt długoterminowy, zamknięty w konkretnych ramach czasowych. To projekty bardzo ciekawe, a zarazem bardzo trudne, bo wymagają dużo czasu i poświęcenia, a przede wszystkim świetnego pomysłu. Ale to są raczej takie pomysły poboczne, które miałyby służyć własnemu samorozwojowi, realizowaniu się artystycznie, obok tych „standardowych”, którymi zajmuje się na co dzień –  mam na myśli sesje ślubne, narzeczeńskie, plenerowe. Bo aktualnie głównie takie zlecenia realizuję. Choć reportaż to dla mnie również inspiracja do bycia lepszym fotografem  ślubnym – w tej branży trzeba być dobrym dokumentalistą i wykonać zdjęcie w określonym, bardzo krótkim czasie.

„(…) wzlotów i upadków w mojej relacji z aparatem było sporo, jednak w pewnym momencie zafascynowałem się fotografią dokumentalną.”

„(…) zacząłem więcej fotografować podczas wycieczek i prywatnych wyjazdów, bardziej zwracałem uwagę na ludzi, mieszkańców danych miejsc, a nie tylko na krajobrazy. Poczułem, że to człowiek jest dla mnie głównym, interesującym obiektem każdego z tych miejsc.”

Nie ma drugiej szansy.

 Otóż to. To wymaga szerokiego spectrum umiejętności fotograficznych.

Przysięga jest jedna, wyjście z kościoła jest jedno. Czujesz stres, czy raczej pozytywne działanie adrenaliny?

Wiadomo, na początku to był ogromny poziom stresu. Z czasem, przerodził się raczej w pozytywną mobilizację, która pomaga w skupieniu, wzmaga uważność. 

Może to będzie pytanie retoryczne, ale… jesteś bardzo zmęczony po całym dniu zlecenia?

Biorąc pod uwagę specyfikę tego zawodu, nie pracuję dłużej niż 12 godzin podczas jednego zlecenia, bo mogłoby to wpływać na pogarszanie się jakości materiału z każdą godziną. Jesteśmy tylko ludźmi i każdy z nas czas pracy powinien mieć humanitarny. W końcu każdy organizm ma skończone podkłady energii. Kolejnego dnia po weselu często jestem bardziej wyczerpany psychicznie niż fizycznie. Dzień ślubu jest ekstremalnie intensywny dla fotografa. Mózg pracuje na najwyższych obrotach, pozostaje w nieustannym skupieniu przez wiele, wiele godzin. Wiesz, ja muszę być ciągle czujny, dostrzegać sytuacje i miejsca gdzie dzieje się coś wartego uchwycenia, a tych sytuacji podczas kilkunastu godzin pracy jest mnóstwo. Ja muszę je zauważyć. Dlatego w niedzielę zwykle jestem na mentalnym kacu (śmiech).

„(…) pozostaje w nieustannym skupieniu przez wiele, wiele godzin. Wiesz, ja muszę być ciągle czujny, dostrzegać sytuacje i miejsca gdzie dzieje się coś wartego uchwycenia (…)”

Ciekawa jestem, czy Twoja poprzednia praca przygotowała Cię poniekąd na kontakt z klientem, którego doświadczasz aktualnie? Dostarczasz ludziom bardzo specyficzną usługę i mocno zindywidualizowany produkt, czy pierwszy kontakt z młodą parą jest dla Ciebie krępujący?

Owszem, w poprzedniej pracy zdobyłem sporo doświadczenia w zakresie obsługi klienta, było multum sytuacji, w których musiałem radzić sobie zarówno z nieprzewidzianymi okolicznościami, jak i zaskakującymi zachowaniami ludzkimi. Chyba do perfekcji opanowałem umiejętność gaszenia pożarów (śmiech). Wykorzystuję to nadal, teraz w innej formie. Bo ja jestem człowiekiem o introwertycznej naturze. Baterie ładuje w samotności, a w kontakcie z człowiekiem one się rozładowują. Dlatego kiedyś kontakt z ludźmi był dla mnie ekstremalnie trudny. W firmie, w której dotychczas pracowałem już od pierwszych dni, byłem rzucony na głęboką wodę: musiałem wziąć telefon do ręki i np. oznajmić klientowi, że przysyłka, którą nadał niestety nie dojdzie na czas (śmiech). I to mnie wiele nauczyło. Aktualnie, nie mam żadnych problemów w kontaktach z innymi. Co więcej, dążę do tego żeby ze swoimi przyszłymi klientami spotkać się osobiście w celu omówienia szczegółów danego zlecenia. To jest zupełnie inny rodzaj energii, takie osobiste spotkanie, niż gdy ten kontakt jest ograniczony tylko do internetowej wymiany wiadomości. Odkryłem, że lubię poznawać ludzkie historie, słuchać o tym jak para poznała się, jak rozwijała się ich relacja. Chyba dlatego sprawia mi przyjemność czytanie książek biograficznych (śmiech). Ostatnio właśnie czytałem biografię twórcy marki Nike’a, Phila Knight’a, która chyba podświadomie na mnie wpłynęła. Ta książka mogła trochę zmienić moje spojrzenie na podejmowanie ważnych decyzji, na to, żeby robić to co się lubi, próbować i się tego nie bać. Phil Knight opowiada swoją historię, która zaczęła się od tego, że za pożyczone pieniądze własnego ojca kupił buty od japońskiego dostawcy, postanowił je sprzedawać na amerykańskim rynku, składując je w garażu u taty, nie mając zupełnie nic. Odkrycie tej historii jeszcze bardziej przekonało jak bardzo pragnę uruchomić własną markę. Choć myślę, że nie z takim skutkiem z jakim jemu to się udało…

Jeszcze nie! Chyba sporo jest takich marek, które swój ogromny sukces zaczynały dosłownie od zera.

W sumie jest takie powiedzenie, że każdy duży biznes zaczynał się w garażu. Tak jak chociażby biznes Billa Gatesa…

Król facebooka też zaczynał w małym pokoju w akademiku. Ale to nie jedyne przykłady, a ich wszystkich łączyło to, że nie bali się negatywnych konsekwencji, nie analizowali, tylko po prostu robili swoje…

Myślę, że pomogło im również to, że postanowili iść z prądem i bardzo wierzyli w to co robią, ale na pewno to wnikało również z fascynacji rzeczą, którą się zajmowali. Jak się na coś poświęca wiele czasu i energii to może w pewnym momencie przychodzi taki moment ze chce się to spieniężyć. Zwłaszcza, że jeśli nie ma się takiego poczucia, że życie z pasji nie zabija tej pasji. Bo nie ma nic lepszego niż robienie tego co się lubi. Aktualnie czuję radość z tego co robię. Czuję, że to naprawdę jest TO.

A kiedy dla Ciebie przyszedł TEN moment?

Moment takiego „olśnienia” przyszedł…w zeszłym roku, na jesieni. Wtedy podpisałem na kolejny rok tak dużo zleceń ślubnych, że było mi bardzo ciężko pogodzić etat z fotografią. Wracałem z pracy i siedziałem nad zdjęciami do północy. Wspominam to jako kryzysowy okres, walczyłem, żeby nie położyć swojego życia prywatnego. Ani nie zawieść zadowolenia klientów. W końcu zmęczenie nie sprzyja efektywności w pracy. Początkowo założyłem sobie, że ten proces „transformacji zawodowej” potrwa do 2020, ale wydarzyło się to wcześniej. Już w tym roku mogłem postawić na mój własny biznes fotograficzny. To była dość szybka, jednak przemyślana decyzja.

Emocjonalna?

Trochę tak, wiesz, w tamtej pracy miałem super ekipę. A jak się ma zgrany, życzliwy zespół ludzi to praca się staje przyjemniejsza. Nie ma się co oszukiwać… spędzamy w niej połowę czasu z tego, którego nie przesypiamy. Przyznam, ze teraz będąc samemu na co dzień, odczuwam ten brak kontaktu.  Dlatego myślę o tym, żeby wybierać się np. do kawiarni i pracować w takim zespole dwóch albo trzech osób. Każdy może robić swoje rzeczy, chodzi o to, żeby robić je w towarzystwie.

Przestrzenie coworkingowe, których teraz jest mnóstwo w Warszawie pewnie też mogłoby być niezłym rozwiązaniem.

Tak, to też chciałbym przetestować. Żeby w pewnym momencie nie  okazało się, że zdziczałem od siedzenia samemu całymi dniami (śmiech).

A co robisz całymi dniami, jako fotograf ślubny kiedy siedzisz w swojej samotni?

Głównie planuję kolejne sesję, obrabiam zdjęcia. A sesje planuje dość skrupulatnie i do każdej podchodzę możliwie jak najbardziej indywidualnie. Chcę żeby sesja pary – kiedy idziemy w plener – wiązała się z pewnym doświadczeniem, spotkaniem. To nie ma być tylko pstrykanie kolejnych zdjęć. Moim celem jest to, żeby para wracając z sesji mogła pomyśleć sobie: „To był naprawdę świetnie spędzony czas”. Nie chodzi mi tylko o to, żeby to była seria pozowanych zdjęć na ładnym tle, dążę raczej do stworzenia fotografii, które jeszcze przez długi czas po ich wykonaniu będą przywoływały emocje, wspomnienia, pozytywne odczucia. Bo fotografia to sentymenty. Oczywiście, że można zrobić zdjęcie na tle niezwykłego krajobrazu, o idealnej porze… Ono może nawet wygrać konkurs. Ale to będzie tylko dopracowane, przemyślane zdjęcie. Mówię „tylko”, bo to nie będzie doświadczenie – tak ważne w fotografii ślubnej, narzeczeńskiej. A zdjęcie, które dopełni doświadczenie pary może być zrobione w bardzo zwyczajnym miejscu. Tu chodzi o uchwycenie opowieści o tych ludziach, przedstawienie tego kim naprawdę są i co czują do siebie nawzajem.  Ja muszę być ich obserwatorem, dostrzec jak te dwie osoby  ze sobą rezonują. To ustala klimat sesji. W zależności od tego, jedna sesja jest pełna radości i śmiechu, podczas gdy inna będzie pełna przytulania, bliskości, romantyzmu, pozbawiona śmiesznych min i  wielkiej wybuchowości, kiedy do danej pary to po prostu nie pasuje. Idąc na sesję, nie mam stałego planu, uważam, że gdybym coś narzucał, to byłoby to bardzo nienaturalne. Wszyscy ludzie są inni i trzeba wydobyć z nich tą prawdziwość.

„(…) tu chodzi o uchwycenie opowieści o tych ludziach, przedstawienie tego kim naprawdę są i co czują do siebie nawzajem.  Ja muszę być ich obserwatorem, dostrzec jak te dwie osoby  ze sobą rezonują.”

Klienci wstydzą się okazywać sobie czułość przed aparatem, czy są świadomi, że sesja się z tym wiąże?

Wiedzą, że to się z tym wiąże, decydują się na to, ale często od samego początku ostrzegają, że z „z nimi to pewnie będzie trudno, bo nigdy nie mieli robionych zdjęć i są drewniani” (śmiech). Później za to, okazuje się, że to kwestia podejścia do człowieka, rozluźnienia tej atmosfery przez kontakt, rozmowę. Dlatego staram się dostarczać im bodźce, które budzą w nich naturalną emocjonalność, stworzyć sprzyjającą atmosferę. Zresztą, sam nie wiem, czy gdyby aparat był skierowany we mnie to czułabym się tak bardzo naturalnie! Staram się utożsamiać z modelami, pamiętać, że dla nich może być to stresujące doświadczenie, zwłaszcza jeśli znajdują się w danej sytuacji po raz pierwszy. Mam w pamięci to, że zawsze trzeba człowieka jakoś uruchomić. Myśląc o tym w taki sposób jest mi łatwiej zrozumieć, że para może być skrępowana.

Myślę, że masz dużo empatii w sobie.

Nie lubię sam siebie określać, ale wiem na pewno, że empatia jest bardzo ważna w tym zawodzie.

Czasem musisz być może nawet pewnego rodzaju psychologiem, żeby wyczuć ludzi?

Zupełnie nie jestem, ale… czasem faktycznie muszę być. Staram się być elastyczny.  Kiedy widzę, że ktoś nie czuje się swobodnie przytulając się przed aparatem, nie lubi okazywać uczuć „publicznie” to do tego nie namawiam. Wtedy staram się pokierować tą sesję w bardziej żartobliwy i zabawny sposób. Bo co jeśli później oni pokazaliby te zdjęcia swoim znajomym, którzy zupełnie nie poznaliby ich w tej roli, do której wsadziłbym ich na siłę?! Efekt nie zostałby osiągnięty, bo zdjęcia nie byłyby autentyczne. Chyba, że ktoś chce pokazać się z tej innej strony. Bo tak też czasami jest. Zdarzało mi się, że para napisała, że są zadowoleni z tej sesji, która była dla nich takim fajnym przeżyciem, którego na co dzień nie doświadczają, bo np. nie wychodzą na takie długie wspólne spacery podczas których się obejmują, przytulają. Niestety to taki znak naszych czasów. Szybkie życie miejskie często ogranicza to bycie razem i dzielenie wspólnego czasu. Miałem też taką sesję podczas której dziewczyna się śmiała do swojego partnera, że nie znała go z tej strony, którą prezentował na sesji. Tak do niej lgnął, przytulał się. Na co dzień podobno tak nie robił… Z jednej strony wiadomo, że to było na potrzeby zdjęć. Na pewno moja obecność i sama idea sesji to wywołała. Ale może jednak pod wpływem tego wspólnego doświadczenia coś zmienia się w człowieku na trwałe? Chciałbym wierzyć, że tak właśnie jest. To zmusza do refleksji, że właściwie niewiele nam trzeba: że jesteśmy „ja i Ty” to jest najważniejsze. Wystarczające. Dlatego lubię takie dosyć proste sesje, bo nie chodzi o to, żeby zawsze być w nie wiadomo jak super miejscu, tylko być w miejscu nawet bardzo standardowym, ale sentymentalnym dla pary. Powtarzam się chyba (śmiech)… ale mi po prostu cały czas chodzi o to człowieczeństwo, rozumiesz? O to, że człowiek jest tym pierwszym wyborem. Ta zasada też sprawdza się podczas przygotowań w dniu ślubu.  Czasami zdarza się, że para w ogóle nie chce dokumentować przygotowań i ja im wtedy proponuję, że zrobię je w takiej alternatywnej formie. Bo dla mnie przygotowania to nie tylko jest założenie sukienki, zapięcie guzika, czy poprawienie muchy. Myślę, że dużo ważniejsze jest uchwycenie tych momentów, które  tworzą początek tego dnia: przyjazd gości, ich powitanie, pierwsze rozmowy. Nie muszę koniecznie towarzyszyć pannie młodej podczas makijażu, ani panu młodemu gdy zakłada garnitur. Ale myślę, że kiedy po kilkunastu latach od ślubu otworzą album i zobaczą swoich bliskich rozradowanych wydarzeniem, które wtedy było jeszcze przed nimi to może być niepowtarzalna pamiątka…  Dlatego nie trzeba jechać gdzieś daleko, żeby ukazać piękne emocje. Tu nie chodzi o dekoracje, choć one oczywiście często dodają zdjęciu uroku, ale nie mogą przesłaniać tego, co na zdjęciu jest najważniejsze, czyli… ludzi. Lubię prostotę. To są te aspekty fotografii, które są dla mnie tak fascynujące.

„(…) ale mi po prostu cały czas chodzi o to człowieczeństwo, rozumiesz? O to, że człowiek jest tym pierwszym wyborem.”

Ale zdarzają Ci się też sesje wyjazdowe, w tych zupełnie niestandardowych lokalizacjach?

Jasne. Kiedy mogę dołożyć do tej opowieści dwójki ludzi super widok to jestem podwójnie spełniony. Cieszę  się, że mam okazję robić sesje chociażby w Tatrach czy Portugalii.

Szykują Ci się jakieś sesje  zagraniczne?

Tak, we wrześniu, na Maltę.  To jest właściwie podróż poślubna tej pary, z którą jadę. Biorą mnie ze sobą na kilka dni, oni tam będą jeszcze z paczką znajomych przez 10 dni. Ja przylecę na takie minimum, żeby zrobić zdjęcia. To jest już większe przedsięwzięcie. To dla mnie bardzo ekscytujące, że sesje zagraniczne też już ruszają i cieszą się zainteresowaniem, bo ja bardzo lubię podróżować, a w ten sposób mam możliwość połączenia przyjemnego z pożytecznym. Dzięki temu mam szansę opowiedzenia historii miłości w niestandardowy sposób. To  doświadczenie które chciałbym przedstawić od A do Z.

„(…) to dla mnie bardzo ekscytujące, że sesje zagraniczne też już ruszają i cieszą się zainteresowaniem, bo ja bardzo lubię podróżować. Dzięki temu mam szansę opowiedzenia historii miłości w niestandardowy sposób.”

A więc bycie fotografem ślubnym na pewnym etapie daje pewne możliwości do zwiedzenia świata?

Tak, choć oczywiście to się wiąże z dość wysokimi kosztami, jednak w dzisiejszych czasach nie są o wiele większe niż wyjazd np. z Warszawy w Tatry. Niejednokrotnie przelot do jakiegoś europejskiego miasta z Polski to podobny wydatek  jak przejazd z jednego końca tego samego kraju na drugi. To taki znak naszych czasów, że to się staje coraz bardziej dostępne.

A jakie są trudności w pracy fotografa ślubnego?

Za każdym razem pracujemy w zupełnie innych warunkach. I nie mówię tu nawet o tych sesjach wyjazdowych, ale tym co spotyka nas w dniu ślubu. To nie jest to praca jak w studio, gdzie zna się na wylot własny warsztat. Tutaj raz trafiamy do mieszkania małego, raz dużego, trzeba sobie poradzić. Kościoły, urzędy, sale weselne – wszystkie przecież różnią się od siebie.

Mimo to, często chwali się fotografów ślubnych za to, że ich właściwie nie widać, że pozostają niezauważeni przez co – chyba można tak to ująć – „nie przeszkadzają” w przebiegu całej ceremonii i wesela. Doświadczony fotograf  odnajdzie się  w każdych warunkach?

Tak, ja też się często z tym spotykam. Nawet miałem raz taką sytuację, że spotkałem się z parą żeby oddać im gotowe zdjęcia po weselu, a oni powiedzieli, że cały czas zastanawiali się czy w ogóle mają jakiekolwiek, bo na samej imprezie właściwie mnie nie widzieli. Ale zdjęcia były (śmiech).  Są różni fotografowie, ja raczej zaliczam do tych, którzy wtapiają się w tłum. Chcę dokumentować jak wydarzenie toczy się własnym życiem, choć czasami zdarza mi się wchodzić w kontakt z gośćmi i zachęcać ich do jakichś gestów, bardziej ekspresyjnego tańca. Cały czas uczę się tego kontaktu, w jaki sposób wchodzić w interakcję z nimi i to jest naprawdę fajne doświadczenie. Równocześnie, muszę przyznać, że fotografia to bardzo silne narzędzie w rękach zawodowca, który może ten reportaż przedstawić w określony sposób. Dzień ślubu i wesela nie musi być przecież radosny. Jeśli wybiorę takie zdjęcia, na których zostanie uchwycona określona mimika, niekoniecznie korzystna, a do tego ułożę te fotografie w określonej kolejności to mogłoby równie dobrze wyjść na to, że dzień był nieudany, a para młoda i goście niezadowoleni. To w jaki sposób kolejne zdjęcia ze sobą korelują jest bardzo ważne i w zależności od tego cały reportaż wyzwala określoną interpretacje i wydźwięk danej historii.

„(…) są różni fotografowie, ja raczej zaliczam do tych, którzy wtapiają się w tłum. Chcę dokumentować jak wydarzenie toczy się własnym życiem.”

Czyli zdjęcie z reportażu, tak samo jak zdanie, może być wyrwane z kontekstu.

Tak, dlatego tak samo jak pisarz może napisać tendencyjny tekst, tak fotograf może swoimi zdjęciami oszukać, przekłamać rzeczywistość. Złożenie historii przez nas jest bardzo ważne, w jakim świetle my chcemy je pokazać. A żeby Klient był zadowolony musimy pokazać je z jak najlepszej perspektywy.

Mówisz „my” – utożsamiasz się ze społecznością fotografów ślubnych, realizujesz jakieś współprace lub dążysz do tego?

Zdecydowanie. Kontakt z innym człowiekiem z branży to bardzo cenne doświadczenie. Nie traktuję innych fotografów ślubnych, jako konkurencji, ale jako kolegów po fachu – przecież my tworzymy jedną społeczność! Warto o tym głośno mówić.  Ja nie myślę nigdy o tym w ten sposób, że ktoś obok chce mi zabrać zlecenie… Każdy z nas zabiega o swoje zlecenia, a chętnych par jest naprawdę dosyć dużo, więc to nie powinno być źródło sporów. Wiem, ze niektórzy fotografowie nie chcą mieć nic wspólnego z ludźmi z branży ze względu właśnie na upatrywanie sobie w tej osobie konkurencji. Zupełnie nie popieram takiego podejścia, jestem przekonany, że więcej korzyści niż szkód może mi przynieść kontakt z drugim człowiekiem z branży. Możemy się wspierać, polecać siebie nawzajem jako zastępstwo. Należę teraz do takiej paczki fotografów, spotykamy się regularnie i wymieniamy doświadczeniami, uważam, że to fantastyczna inicjatywa. Podczas tych spotkań poruszamy cały wachlarz tematów dotyczący warsztatu pracy, prowadzenia jednoosobowej działalności, czy aspektów marketingu internetowego. Jestem przekonany, że z takiego jednego spotkania wynoszę więcej niż z samodzielnej analizy jakiegoś case study w internecie.

A jak to jest z tym marketingiem internetowym w Twojej pracy? Social media są niezbędne w tej branży?

Można powiedzieć, że w mojej branży to jest podstawa. Chociaż ja w facebooki nie umiem (śmiech), muszę się za to zabrać, choć jakoś nie czuję tego… Za to myślę, że na Instagramie idzie mi lepiej, chociaż Instastories nagrywam rzadko. Czasem sobie przypomnę, żeby zrobić zdjęcie z młodą parą podczas wesela, ale to jest raz na dziesięć przypadków (śmiech). Ale zastanawiam się też czy to jest naprawdę jest niezbędne, czy tylko tak nam się wydaje…?

Wspieranie biznesu przez social media?

Tak… Dla niektórych pewnie jest, bo tą drogą trafiają do ludzi, ale na moim przykładzie można powiedzieć, że nie trzeba być aż tak „social mediowym” żeby znaleźć klientów. Cały czas mam zlecenia, a nie jestem tam aż tak aktywny. Poza tym jest wielu fotografów, którzy nie używają Instagrama i dobrze im się wiedzie, na pewno nie narzekają na brać zleceń. Więc może to jest trochę taka bańka, w którą się sami wrzucamy? Bo wiadomo, jest jakaś i to pewnie całkiem spora społeczność na Instagramie, ale jednak tam nie ma wszystkich. Nam się może wydawać inaczej, bo niektórzy relacjonują tam niemalże każdą minutę swojego życia i przez to, odbiorcy mają często zaburzony obraz. Instagram pokazuje wiele rzeczy odczepionych od rzeczywistości. Podam Ci przykład. Byłem w tym roku w Marakeszu, stąd wiem jak jest tam naprawdę. Przeglądając na Instagramie zdjęcia tego miasta zrobione przez inne osoby zauważyłem taką tendencję do ukazywania go tylko do tej najlepszej strony, typowo turystycznej. Ludzie  robią sobie zdjęcia tylko przy pięknych stoiskach, a nikt nie pokazuje tego co znajduje się 2 metry obok tych kolorowych straganów, pozłacanych kolumn… czyli zmęczonych mieszkańców, wyciągających ręce po pieniądze, brudnych ulic, tumanów kurzu i zepsutych motocykli. Pokazanie brzydkiej prawdy jest w dzisiejszych czasach rzadkością… Może dlatego nie jestem aż takim miłośnikiem social media.  W każdym razie postuję może rzadziej niż inni, bo sobie normalnie pracuję, obrabiam zdjęcia, planuję sesje, wybieram miejsca. Ale  jak czasem patrzę na tych ludzi, którzy non stop są aktywni na Instagramie to wydaje mi się, że nic nie zrobiłem, że dosłownie…nie istnieje. Wow, to brzmi źle!

„(…) ludzie  robią sobie zdjęcia tylko przy pięknych stoiskach, a nikt nie pokazuje tego co znajduje się 2 metry obok tych kolorowych straganów, pozłacanych kolumn… czyli zmęczonych mieszkańców, wyciągających ręce po pieniądze, brudnych ulic, tumanów kurzu i zepsutych motocykli. Pokazanie brzydkiej prawdy jest w dzisiejszych czasach rzadkością… Może dlatego nie jestem aż takim miłośnikiem social media.”

No i to trochę przykre. Ale „wydaje się” to chyba w tym przypadku słowo klucz. Przecież ciągle coś robisz, tylko się  z tym aż tak nie eksponujesz.

Fakt, nie jestem zwolennikiem pokazywania wszystkiego, bo niektórzy mają taką tendencję do pokazywania totalnie całego swojego życia na zasadzie „dzisiaj wstałam, poszłam zjeść jajecznicę etc.” i ja sobie tak myślę wtedy…kurczę, co mnie to obchodzi? (śmiech) Ale wiesz, niestety dzisiaj ludzie potrzebują tego… Zanim się na kogoś zdecydują, oni chcą poznać tą osobę z takiej zwykłej strony. Tu dochodzi trochę kwestia utożsamiania się z tymi samymi problemami życiowymi… Dosłownie. Teraz wszyscy marketingowcy podkreślają to, że takie właśnie pokazywanie siebie to jest niestety klucz do złapania kontaktu z ludźmi za pośrednictwem internetu. Wydaje mi się to raczej nie dla mnie, choć to jest pewna moda marketingowa, sposób na nasze czasy. Dlatego założyłem drugi profil na Instagramie gdzie wrzucam zdjęcia z podróży, bardziej dla tych, którzy są zainteresowani zdjęciami z różnych zakątków świata i myślę, że może ktoś trafi do mnie z tej drugiej strony. Zastanawiam się czy nie połączyć tego w jeden profil i nie przeplatać zdjęć ślubnych zdjęciami podróżniczymi. 

„(…) dlatego założyłem drugi profil na Instagramie gdzie wrzucam zdjęcia z podróży, bardziej dla tych, którzy są zainteresowani zdjęciami z różnych zakątków świata.”

Co jest dla Ciebie najważniejsze w Twojej pracy?

Człowiek. Prawda. I plan. Mam na myśli to, żeby nie działać po omacku. Intuicja jest ważna, ale nie można jej zostawić samej sobie, bo nawet ona czasem zawodzi i wtedy nie wiadomo jaki następny krok powinno się podjąć. Niestety czasy są dosyć intensywne i one wymagają od nas ciągłego postępu – dlatego należy być przygotowanym na wiele scenariuszy. Aż boję się tego momentu, w którym osiągniemy wszystko co było do osiągnięcia, jako ludzie i staniemy w miejscu. Przecież nie można być ciągle coraz lepszym i lepszym. A może można… ? Ja na pewno dążę do samodoskonalenia, ale nie chcę zatracić tej pierwotnej radości, jaką daje mi fotografia i uważności na drugiego człowieka. To zabawne, że wielu ludzi tego swojego życia zawodowego jakoś za bardzo nie rozkminia. Niektórzy zupełnie rozdzielają pracę zawodową od życia prywatnego i żyją z myślą praca to po prostu praca, ma przynosić pieniądze, nie muszą jej jakoś bardzo kochać. Ja należę do innej grupy, sporo analizuję… I akurat mam to szczęście, że swoją pracę kocham i chciałbym, aby tak zostało.

„(…) nie chcę zatracić tej pierwotnej radości, jaką daje mi fotografia i uważności na drugiego człowieka.”

Bardzo Ci tego życzę. Dziękuję za rozmowę.

Z twórczością i projektami zrealizowanymi przez Kamila możecie zapoznać się odwiedzając jego stronę internetową kamilkorczynski.com, profil na facebooku oraz Instagramie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

47 − = 42