Czy Instagram ogłupia?

Social media miały kreować społeczności ludzi podzielających podobne poglądy i zainteresowania. Otwierać nowe platformy dyskusji i niczym nieskrępowanej wymiany zdań.  Stanowić swoistą przestrzeń do manifestacji wolności słowa, w której prawie wszystkie chwyty są dozwolone. Zbliżać i kreować relacje mieszkańców najodleglejszych krańców świata. Instagram, dający użytkownikom możliwość natychmiastowego podzielenia się prywatnym elementem swojej własnej rzeczywistości ze światem zewnętrznym… Czym się stał? Do czego nas doprowadził?

Napędzani przymusem posiadania

Chęć przynależności jest wpisana w ludzką naturę, lecz nie jest wcale równoznaczna z działaniem zgodnie z  ideą konformizmu. Również zadeklarowani non konformiści, indywidualiści i skrajni introwertycy odczuwają potrzebę bycia częścią „czegoś”. Tworzenia całości, do której istnienia konieczna jest liczba jednostek większa od jednego. Problem pojawia się gdy możliwość przynależności nie jest definiowana przez osobowość, chęć i  energię do działania osoby, która odczuwa jej potrzebę, a przez stricte zewnętrzne przymioty oraz gadżety, które ta osoba posiada bądź nie.

Może się wydawać, że wizerunek prezentowany w mediach społecznościowych przez twórców pociągających za sobą tłumy, niebezpiecznie kreuje sposób myślenia odbiorców. Wizerunek, który niekonkretnie, jednak skutecznie podkreśla ważność posiadania tych niezliczonych akcesoriów, gadżetów i  przymiotów. Ten silny wpływ nie kończy się przecież tylko na granicach  świata lajków, subskrypcji i wyświetleń, ale mocno przenika w ten prawdziwy i namacalny, w którym budzimy się i kładziemy spać. Wywołując w tej mniej odpornej na manipulację obrazem (zwłaszcza bardzo młodej) części społeczeństwa poczucie konieczności posiadania – ale posiadania nie byle czego, a tego co akurat w danym daje przepustkę do bycia zauważonym. Zależnie od trendu, zależnie od mody. Stając się jedynym słusznym głosem, dla tych którzy chwilowo zapomnieli, że powierzchowność może być kurtyną niewygodnej i wcale niechcianej prawdy, że oczy również można oszukać . I wreszcie, że definiowanie swojej tożsamości poprzez gadżety rzadko uszczęśliwia.

Nastolatki chore na Instagram

Pokolenie, dla którego media społecznościowe stanowią niezrozumiały wybryk komercyjnego światka celebrytów, ma na temat Instagrama jedno określone zdanie: że niszczy, uzależnia, psuje i w ogóle po co Ci to. Że powszechność i pragmatyczno- emocjonalne uzależnienie od telefonów komórkowych i laptopów działa destrukcyjnie na naszą psychikę, oddala nas od siebie nawzajem i hamuje zdolność prawdziwej komunikacji. Do tego dochodzi jeszcze sztandarowy argument na temat gloryfikowania osób publicznych, nierzadko porównywania się z nimi na własną niekorzyść.

Biorąc pod uwagę chociażby fakt, jak wiele nastolatek, spędzających szkolne przerwy i wolne popołudnie na scrollowaniu newsfeed’u na Instagramie ma problem z akceptacją wyglądu swojego ciała – można wyciągnąć takie wnioski. Tylko, że problem akceptacji własnego wyglądu przez nastolatki istnieje właściwie od zawsze. Sama mierzyłam się z nim jakieś czternaście lat temu, nie będąc wystawiona na podstępne działanie mediów społecznościowych. Ludzie porównywali się ze sobą od zawsze i prawdopodobnie będą robili to do końca świata. Instagram może to porównywanie owszem spotęgować, ale decyzja o tym komu i czemu pozwalamy na siebie wpływać, pozostaje tylko i wyłącznie w naszych rękach i naszych głowach.

Niestabilne granice ludzkiej łatwowierności

Pomimo dziwacznej roli, jaką media społecznościowe odgrywają w dzisiejszym świecie, dostrzegam sens ich istnienia.

Dlatego koloryzowania wizerunku, który jest w nich prezentowany wcale nie nazywam  fałszem albo ułudą, a jedynie wystawianiem na próbę zdolności krytycznego myślenia zmęczonego mózgu. Przesuwaniem granic ludzkiej łatwowierności. Dlaczego? Bo osoby, które widzę na zdjęciach naprawdę istnieją, tak jak aparaty, którymi robią sobie selfie oraz filtry i aplikacje, którymi niwelują sobie drugie podbródki, powiększają – w ich mniemaniu – zbyt wąskie usta i otwierają oczy z opadającą powieką.

Zdaje się, że większość odbiorców wystawionych widok doskonałych aparycji twórców oraz ich niezliczonej kolekcji gadżetów ma tego świadomość.

Szkopuł w tym, że obraz ma siłę  mocniejszą niż słowo. Słowa mogą nam się wydawać wątpliwe, naciągane i zmyślone. Z obrazem jest trochę inaczej – z większą łatwością wierzymy w to co widzimy. Jednak, tak jak zdanie wyrwane z kontekstu, obraz ukazuje jedynie wąski fragment całości. Uchwycony w milisekundzie rzeczywistości, którą żyje dana osoba. Mózg, bombardowany tonem danych każdego dnia, nie ma siły ani ochoty analizować i dorabiać sobie kontekstu, którego zabrakło.

No właśnie. Czy nie w tym leży źródło sporów? W zbytniej łatwości w zawierzeniu komunikatom i obrazom, które są w social mediach prezentowane?

Człowiek wylądował na księżycu, wynalazł żarówkę i samolot, zdobył Mount Everest. Z pewnością potrafi także odróżnić wirtualną bańkę od prawdy.  Nie jest pozbawiony zdolności trzeźwej oceny sytuacji. Być może potrzebuje jedynie ją trochę odkurzyć.

Zatem powiem tylko come on, we’re so much more than this

goniec instynktu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

+ 15 = 20