Wywiad #2 Martyna Szpunar o prowadzeniu własnej marki i pasji do fotografii

Żywiołowa indywidualistka, pragnąca odczarować niepewność i kompleksy innych za pomocą aparatu. Miłośniczka fotografii, wierząca w siłę prawdziwej pasji. Założycielka słynnych „Ciasteczek Tynki”, które stały się hitem.

Wreszcie – absolwentka Politechniki Warszawskiej, przekonana o słuszności inwestowania w ochronę naszej planety.

Poznajcie Martynę Szpunar.

"(...) Chcę wierzyć w to, że najlepszą inwestycją jest inwestowanie w samego siebie. Teraz, kiedy wiem kim jestem, co lubię i czego chcę, jestem w stanie inwestować w siebie z większą pewnością."
„(…) Chcę wierzyć w to, że najlepszą inwestycją jest inwestowanie w samego siebie. Teraz, kiedy wiem kim jestem, co lubię i czego chcę, jestem w stanie inwestować w siebie z większą pewnością.”

Absolwentka Politechniki Warszawskiej, założycielka „Ciasteczek Tynki”, pasjonatka fotografii…kim jesteś?

Zacznijmy może od historii moich studiów, od tych nie do końca trafionych wyborów i rozczarowań. W końcu to zawsze ludzi najbardziej ciekawi (śmiech). Pierwszy błąd jaki popełniłam to to, że nie zrobiłam sobie roku przerwy tuż po maturze. Moim zdaniem to powinien być przymus dla każdego młodego człowieka, aby miał szansę zastanowić się kim jest i co robi na tej planecie (śmiech). Niestety większość z nas, od małego ma wprogramowany taki schemat: najpierw walka o dobre oceny w gimnazjum, żeby dostać się do dobrego liceum, następnie w liceum staranie się o dobre oceny i presja, by świetnie napisać maturę. Cel w tym wszystkim jest jeden: dobre, prestiżowe studia. W pewnym momencie trzeba jednak samodzielnie podjąć decyzję i odpowiedzieć sobie na pytanie: co to właściwie znaczy te „dobre studia”?  

No właśnie, co to znaczy według Ciebie?

Jako osiemnastolatka miałam przebłysk takiej refleksji, że ten czas poświęcony na studia musi przecież służyć czemuś konkretnemu. Zapytałam samą siebie: Martyna, czy jest coś ważniejszego niż ochrona naszej pięknej planety? No nie ma ! Pomyślałam więc, że muszę iść na ochronę środowiska. Przecież to, aby moje dzieci i wnuki miały gdzie żyć jest najważniejsze! (śmiech)

To niesamowite. Raczej niewiele osób, zwłaszcza w tak młodym wieku, ma takie silne wewnętrzne przekonanie o tym, że to istotny temat dotyczący całego społeczeństwa.

Dużo się zmieniło od tamtego czasu (śmiech). Ale wtedy faktycznie podeszłam do tego z taką misją. Myślę, że byłam trochę za młoda, żeby wiedzieć czego naprawdę chcę. Za dużo się naoglądałam Kapitana Planety, naczytałam powieści science fiction, których główny temat stanowiły klęski ekologiczne. Wówczas myślałam, że to właśnie ja w przyszłości temu zapobiegnę. Późniejsza rzeczywistość okazała się być zupełnie inna…

Masz na myśli tą uczelnianą rzeczywistość?

Tak. Pierwszy rok to był dla mnie koszmar. Mieliśmy wtedy podstawy biologii, fizyki, chemii.  Byłam w kompletnym chaosie, nie mogłam się przyzwyczaić. Wiele rzeczy mnie negatywnie zaskoczyło, rozczarowało. Zadawałam sobie pytania: co ja tutaj robię, w jakim kierunku to zmierza? Brakowało mi spójności. Chciałam żeby ktoś, na przykład na początku zajęć z matematyki, powiedział do czego mi się w przyszłości ta wiedza przyda, wytłumaczył, że jest w tym jakiś nadrzędny cel ponad realizowanie założonego programu. Dołowały mnie też sytuacje kiedy widziałam, że jakiś przedmiot zaliczają osoby, które mają najlepiej przygotowane ściągi, a nie jakąś konkretną wiedzę. Wtedy było mi po prostu przykro (śmiech). Niestety wystarczyło mi ECTS’ów żeby przejść na drugi rok. Mówię „niestety” bo może lepiej by się stało gdybym wtedy odpadła. Ale stwierdziłam: za ciosem…

Czy rozważałaś inną uczelnię, czy raczej  byłaś pewna, że chcesz iść na Politechnikę?

Inny kierunek, owszem. Na samym początku myślałam o fotografii albo o czymś zbliżonym. Jednak tak jak wielu młodych ludzi, ja również borykałam się z presją rodziny, „mądrością” starszych. Zdanie ich było takie: nie zostawaj artystką, po co Ci to, miej jakiś zawód żeby przynajmniej móc gdzieś pracować… Stwierdziłam wtedy, że pewnie mają rację. W końcu to oni mają ukończone studia, znają więcej ludzi niż ja, posiadają doświadczenie życiowe i zawodowe. Porzuciłam wówczas pomysł o artystycznej ścieżce edukacji. O żadnych kierunkach humanistycznych nie było mowy, jako, że historia i język polski zupełnie nie wpisywały się w moje zainteresowania. Na początku myślałam jeszcze o studiowaniu fizyki, ale skutecznie zniechęciła mnie do tego jedna z nauczycielek w liceum, przekonując mnie, że istnieje trójkąt z dwoma kątami prostymi. Przerosło mnie to (śmiech). Wybrałam ochronę środowiska.  Mimo wielu nieciekawych doświadczeń, nie powiem, że studia są czasem zmarnowanym. Dużo się nauczyłam. Zawarłam fantastyczne znajomości.

Martyna podczas pracy z powiększalnikiem Adjutar, służącym do wykonywania odbitek, datowanym na lata 60 XX w.
Martyna podczas pracy z powiększalnikiem Adjutar, służącym do wykonywania odbitek, datowanym na lata 60.

Chyba wiem, co masz na myśli. Z perspektywy czasu też uważam, że na studiach mnóstwo się nauczyłam, nie tylko w kontekście wiedzy o planecie.

Tak, zdecydowanie życiowej wiedzy zdobyłam więcej niż tej książkowej (śmiech). Taka szkoła życia. Gdybyś teraz zapytała mnie o coś, co teoretycznie powinnam wiedzieć ze studiów, sądzę, że umiałabym udzielić odpowiedzi jedynie na jakieś pytanie z biologii. Egzamin z tego przedmiotu zdałam dopiero za siódmym razem. Nie zapomnę tego do końca życia… (śmiech)

Słynna biologia… Pamiętam ten egzamin. Chodziły słuchy, że profesor rzucał kartkami i te które upadły „dobrą” stroną, zaliczał.

Albo te które były napisane „dobrym” długopisem. Nie wiem jaki był system oceniania, chyba wszyscy by chcieli wiedzieć. (śmiech) Chodziłam na wszystkie wykłady z tego przedmiotu! Takich absurdów było na studiach sporo.

Czyli przeszłaś na drugi rok. Coś się zmieniło na lepsze?

Od progu wszyscy krzyczeli, że drugi rok jest najcięższy, ale nie do końca wiem z czego to wynikało. Faktycznie było dużo projektów, sprawozdań, mam jeszcze takie stare wpisy na facebook’u, w których pisałam, że mam 16 projektów do oddania w jednym tygodniu (śmiech).

Gdybym tego sama nie przeszła chyba nie uwierzyłabym… Do dzisiaj pozostaje dla mnie zagadką jak wykonanie tego wszystkiego było fizycznie możliwe. W sumie najczęściej odbywało się to kosztem snu. Albo normalnego życia.

To prawda. Pamiętam takie momenty kiedy wstawałam rano i nie wiedziałam nawet na jakie zaliczenie idę, bo nie było fizycznie czasu się na to przygotować. To był koszmar. Często się przychodziło, coś tam się wymyślało z nadzieją, że to wystarczy. Byli wykładowcy, którzy szli na rękę, w razie potrzeby organizowali dodatkowe terminy.

Czy były jakieś przedmioty, w których nauce upatrywałaś prawdziwy sens?

Jak dla mnie, te naprawdę wartościowe rzeczy to były praktyki i kilkugodzinne bloki zajęć laboratoryjnych. Wiedzy wyniesionej z zajęć praktycznych w laboratorium nie były w stanie oddać żadne wykłady. Lubiłam robić sprawozdania, analizować wyniki, formułować wnioski. Przy tworzeniu sprawozdań trzeba się było nawet wykazać jakąś tam dozą kreatywności (śmiech). Dodatkowo wzięłam udział w półrocznym programie praktycznych zajęć weekendowych z hydrologii i ochrony wód. To było cenne doświadczenie, zupełnie inny kontakt z wykładowcą, praktyczne podejście do sprawy. Tak naprawdę, w ten sposób powinny wyglądać całe studia. Według mnie, każdy student powinien mieć swojego mentora prowadzącego go przez cały okres studiów.

Ostatecznie obroniłaś pracę inżynierską. Co Cię zmotywowało do dobrnięcia do końca?

Dałam szansę. Głównie sobie. Co więcej, na inżynierskich się nie skończyło, bo poszłam nawet na magisterkę na tym samym kierunku. To był chyba najciekawszy etap. Wtedy zostali już tylko Ci, którzy coś umieli, przyswoili określoną wiedzę. Na magisterce spotkałam się też z bardziej personalnym podejściem ze strony wykładowców. Wtedy  faktycznie nauczyłam się najwięcej.

To znaczy, że rozpoczęłaś magisterkę z taką myślą, że jeszcze dasz szansę tej dziedzinie i sobie, jako inżynierowi?

Tak, wierzyłam, ze może jednak to się uda i będę wykonywać zawód inżyniera w przyszłości. Zwłaszcza, że w międzyczasie załapałam się do pracy w jednej z państwowych instytucji. Najpierw zostałam przyjęta na bezpłatne praktyki, ale okazało się, że mieli dla mnie więcej pracy i zatrudnili mnie na kolejne kilka tygodni. Po tym czasie, usłyszałam od kierownika tego Instytutu, że „pracuje za dobrze i za szybko”. On szczerze chciał mnie zatrudnić, ale w zamian za to, musiałby zwolnić dwie inne osoby, które pracowały tam już od 30 lat… Nie było o czym mówić. Jednym słowem, zabrakło tam dla mnie miejsca. To był instytut badawczy, przyznam, że naprawdę lubiłam tam pracować. W korporacji pracy szukać nie chciałam. Czuję, że to nie dla mnie. W tamtym momencie pożałowałam, że nie poszłam na żadne praktyki na samym początku studiów żeby dowiedzieć się jak wygląda rynek pracy w tej dziedzinie. Dziedzinie, która jest w Polsce i na świecie ogromnie potrzebna i jednocześnie ogromnie niedoceniana.

Czy mimo tych doświadczeń, wierzysz, że wyższe wykształcenie jest wartością samą w sobie?

Wierze, że jest. Choć z drugiej strony, uważam, że nie we wszystkich dziedzinach. Wiem, że dla wielu osób skończenie studiów jest zakończeniem pewnego etapu, ot żeby mieć ten papier. I niestety nie zawsze dla siebie, a dla rodziny, żeby móc wrócić do domu i powiedzieć: „Zobaczcie, dałam radę, a teraz dajcie mi już spokój, bo w końcu mogę robić co chcę…”. Niestety, wiem że takie sytuacje się zdarzają.

Ty, mimo  ukończenia studiów na PW, nie zdecydowałaś się walczyć o pracę w zawodzie za wszelką cenę. Gdzie zatem teraz pracujesz?

Pracuję w firmie zajmującej się obróbką drewna przy wykorzystaniu lasera. Wycinamy różne rzeczy z drewna i plastiku. Jej założyciele mówią, że to jest firma, która rozwiązuje problemy. Gdy zgłaszają się do nas klienci z konkretną wizja projektu, ale bez pomysłu na jego wykonanie, naszym zadaniem jest podsunięcie im gotowego rozwiązania. Zaznaczę, że nie jesteśmy stolarzami, zajmujemy się raczej wykonaniem produktów dekoracyjnych, artystycznych.

Czyli to jest praca stuprocentowo manualna?

Tak, raczej tam szczególnie nie myślę (śmiech). To praca kreatywna, nastawiona rozwiązywanie problemów. Realizuję zarówno projekty, których wykonanie trwa jeden dzień, jak i te, na które muszę poświęcić kilka dni lub tygodni. Na pewno jest to praca, która daje pole do popisu. Lubię w niej też to, że wykonując moje obowiązki mogę słuchać ciekawych podcastów i wykładów na youtube, rozwijam się więc więcej niż na jednym polu (śmiech).

Właśnie! Wiem, że masz swój kanał na youtube?

Miałam. Próbowałam nagrywać filmy dotyczące fotografii, praktyczne wskazówki, poradniki. Okazało się jednak, że niestety nie odnajduję się przed kamerą. Wolę coś napisać lub powiedzieć na żywo. Pokazywanie siebie na youtube, było dla mnie dziwne i strasznie sztuczne, nie czułam się sobą. Poza tym to wymaga regularności. Są ludzie, którzy po prostu lubią występować, ja do nich nie należę.

Imponująca kolekcja aparatów Martyny, na temat których opowiadała również na swoim kanale na youtube.
Imponująca kolekcja aparatów Martyny, na temat których opowiadała również na swoim kanale na youtube.

A te próby nagrywek podejmowałaś głównie w celach promocyjnych, jako element budowania wizerunku swojej marki, czy miałaś jakąś inną motywację ?

Nie, było zainteresowanie, ludzie mnie po prostu o to prosili. Stwierdziłam, że skoro tak bardzo chcą to nakręcę im te kilka filmików (śmiech), będą mogli zobaczyć kim ja jestem. Niestety okazało się, że nie jestem w stanie wyrazić siebie w formie video. Miałam kilka podejść do youtube’a ale nigdy się nie przekonałam. Pierwsze było w roku 2012 r. kiedy prowadziłam jeszcze swojego bloga.

No właśnie, przejdźmy może teraz do bardzo ważnego tematu, a mianowicie Twojego bloga i działalności związanej z tworzeniem ciasteczkowych obudów!

To jest w tym wszystkim istotne, ale to dłuuuga historia. Pierwszego bloga założyłam chyba w 2009 roku. Na osiemnaste urodziny koleżanka dała mi kolczyki wykonane z modeliny, w kształcie torcików. Strasznie mi się spodobały. Chodziłam wtedy do żeńskiego liceum, gdzie obowiązywały mundurki, więc mój codzienny outfit nie był szczególnie urozmaicony. Pomyślałam wówczas, że takie kolorowe kolczyki stanowiłyby interesujący dodatek. Problem polegał na tym, że w tej szkole obowiązywał całkowity zakaz noszenia biżuterii. To było w ostatniej klasie, a ja zamiast uczyć się do matury, zaczęłam lepić z modeliny biżuterię. Własnoręcznie wykonane kolczyki zakładałam do szkoły. Codziennie rano były mi zabierane przez nauczyciela, dlatego wracałam po lekcjach do domu i lepiłam kolejne. Na każdej wywiadówce moja mama dostawała kilkanaście albo kilkadziesiąt par moich kolczyków (śmiech).

Co za determinacja!

Szybko okazało się, że to co robię zyskuje sympatię. Zaczęło się od znajomych, którzy prosili mnie o przesyłanie im zdjęć moich kolczyków. To było kilka lat temu – nie było wtedy messangera, to były chyba dopiero początki instagrama. Stwierdziłam więc, że najłatwiejszym rozwiązaniem będzie założenie bloga. Założyłam go na pingerze (mini-platforma do blogowania). W pewnym momencie okazało się, że jestem jedną z popularniejszych twórców na całej platformie. Miałam naprawdę wielu obserwatorów. Wykorzystując ten moment, przeniosłam się na inną, większą platformę czyli blogspot. Nagle zaczęłam dostawać mnóstwo pytań o to, czy te rzeczy, które tworzę, można ode mnie kupić. Tak się narodził pomysł na biznes. Klienci przyszli do mnie sami.  Muszę przyznać, że wtedy nie mieściło mi się to w głowie. Tłumaczyłam im, że ja to robię własnymi rękami i oni również mogą wykonać to samodzielnie (śmiech). Ale im się nie chciało, woleli kupić gotowe.

Gotowe rozwiązania to w końcu znak naszych czasów. Założyłaś wtedy własną działalność?

Tak. Byłam wtedy bardzo młoda, nie wiedziałam na ile wycenić moje produkty, ile kosztuje przesyłka lub w jaki sposób wysłać to na drugi koniec Polski… To mnie kosztowało dużo nauki, zmierzenia się z trudnymi sytuacjami. Wtedy odkryłam jakim wyzwaniem jest kontakt z klientami. W międzyczasie dostałam się na Pakamerę czyli serwis z ręcznie robionymi przedmiotami.

Tutaj możecie zobaczyć wystąpienie Martyny w Dzień Dobry TVN 🙂 

Aby się tam dostać trzeba spełnić jakieś konkretne wymagania?

Tak, zostałam odrzucona kilka razy, dopiero po roku zostałam przyjęta do tego elitarnego grona. (śmiech). Sprzedaż przez pośrednika miała sporo minusów, jednak dzięki temu obroty były faktycznie niezłe, zwłaszcza w okresach świątecznych.

Jakie były największe wyzwania w prowadzeniu własnej firmy?

Nie miałam żadnej pomocy, w księgowości pomagała mi mama, ale całą resztę robiłam sama. Kiedy byłam jeszcze na studiach, zdarzały się takie okresy, że miałam 30 przesyłek do przygotowania jednego dnia. Wracałam do domu po zajęciach i cały wieczór pakowałam te trzydzieści zamówień. Następnego ranka przed zajęciami na uczelni, stałam w długiej kolejce na poczcie i nadawałam te kilkadziesiąt zamówień. Potem biegłam na egzamin. Święta to był dla mnie koszmar. Miałam też trochę nieprzyjemności z klientami. Jak w każdym biznesie, trafiali się też klienci roszczeniowi, niekulturalni czy nieuczciwi.

https://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/slodka-bizuteria-z-modeliny,145475.html

Tak naprawdę chciałaś pełnić rolę tylko tej rolę osoby, która tworzy?

Tak, chciałam być rzemieślnikiem. Sprawiało mi to naprawdę ogromną przyjemność. Zaczynając, nie miałam podstaw by myśleć, że to się tak rozwinie. Przecież zazwyczaj zanim otworzy się firmę, należy zebrać opinię, przeprowadzić badania rynkowe. W moim przypadku, tak się po prostu ułożyło, że klienci sami zaczęli do mnie przychodzić. Zaczęłam od kolczyków, potem doszły naszyjniki, pierścionki, obudowy. W pewnym momencie, po blisko 3 latach codziennego publikowania wpisów o tym samym, zaczęłam mieć dosyć. Zwłaszcza, że wystawiając się na widok publiczny, wystawiałam się też na krytykę. Krytyka oczywiście jest potrzebna i może być budująca, często wytycza drogę, którą powinno się podążać. A ja jestem osobą otwartą na dialog, pod warunkiem, że jest konstruktywny.  Niestety w pewnym momencie, ta „krytyka” wymknęła się spod kontroli. Zaczęłam dostawać komentarze od osób życzących mi wszystkiego co najgorsze. Nie pojmowałam hejtu, który był do mnie kierowany, zwłaszcza, że wówczas nie publikowałam swojego wizerunku – od początku chciałam, żeby źródłem zainteresowania moich odbiorców było to co tworzę, a nie moja osoba, to jak wyglądam.

Niestety zdaje się, że wiele osób obecnych w jakiś sposób w internetowej rzeczywistości doświadcza hejtu. Jak Ty na to reagowałaś?

Nie mogłam zrozumieć z czego to wynika, nie sądziłam, że istnieją powody do tego żeby moja osoba miała być dla kogoś powodem nienawiści, zazdrości. To doświadczenie mnie nauczyło, aby bardzo chronić swoje życie prywatne. W pewnym momencie poczułam się tym hejtem przytłoczona, ale nie tylko tym. Zaczęło mnie męczyć lepienie tych 30 par kolczyków jednego dnia naraz. Dodatkowo estetyka, którą przyjęłam w wieku 18 lat przestała mi się podobać, gdy dorosłam. „Ciasteczka Tynki” założyłam będąc jeszcze właściwie dzieckiem. Po kilku latach, zdałam sobie sprawę, że przyszedł moment, aby zejść ze sceny. Przestało sprawiać mi to taką frajdę jak wcześniej.

Co się stało później?

Zaczęłam zmieniać swojego bloga. W międzyczasie dużo podróżowałam. Fotografia właściwie od zawsze ze mną była. Robiąc zdjęcia moim produktom na bloga, siłą rzeczy musiałam zainwestować w lepszy aparat. Zdjęcia jakoś tam mi wychodziły, a ja chciałam się dzielić z resztą świata tym co uważałam za ładne i godne uwagi wokół siebie. Ciasteczkowej społeczności, czyli tej pierwotnej, oryginalnej wcale się to nie podobało. Stwierdzili, że nie interesuje ich co robię po godzinach, są tu aby oglądać ciasteczka! (śmiech) Pojawił się instagram, blogi przestały wówczas tracić na znaczeniu.

Kiedy pożegnałaś się na dobre z ciasteczkami?

Nie tak bardzo dawno… w zeszłym roku. Spakowałam wszystkie niesprzedane kolczyki i obudowy w pudła i wrzuciłam na strych. Konkretne, dość ostre pożegnanie (śmiech). Każda obudowa była dedykowana na konkretny telefon, kiedy ktoś jej nie kupił, niestety nie znajdowała już swojego zastosowania.

Musiałaś  swoich odbiorców jakoś specjalnie przygotować na to, że to już koniec?

Nie, ja się nie patyczkuję, jestem dosyć dramatyczna (śmiech). Powiedziałam zupełnie zwyczajnie, że podjęłam decyzję o zakończeniu działalności. Na Instagramie wstawiałam jeszcze przez chwilę obudowy, ale coraz mniej, później zaczęłam wstawiać coraz więcej zdjęć z sesji. Na oryginalnym, ciasteczkowym profilu, miałam ponad 8 tysięcy obserwatorów, ale zorientowałam się, że spora część z nich ma nieaktywne konta. A mi nie zależy na pustych liczbach, ale prawdziwych obserwatorach. Są osoby, które śledzą moje poczynania już od 10 lat.

Pierwsze odbitki samodzielnie wykonane  przez Martynę.

Masz kontakt ze swoimi obserwatorami?

Tak, często dostaję od nich wiadomości. Najpiękniejsze z nich to te, w których ktoś pisze, że to co robię jest inspirujące. Przykładowo, ktoś zaczął lepić z modeliny, znalazł w tym spokój, pasję. Ktoś inny chwycił za aparat, zaczął się o tym uczyć, stało się to źródłem jego radości. To jest dla mnie najlepsza rzecz na świecie: świadomość, że moja praca przysłużyła się komuś, w pozytywny sposób wpłynęła na czyjeś życie. To jest dla mnie jeden z największych motorów napędowych.

Jakie są pozostałe?

Gdy ktoś mnie pyta dlaczego zajmuję się fotografią, to mam takie wytłumaczenie, że zawsze chciałam rysować i malować, ale zwyczajnie nie potrafię przełożyć tego co widzę w 3D na 2D. Stwierdziłam więc, że użyję do tego narzędzi, którymi potrafię się posługiwać. Czyli aparatu…

Zatem zdjęcia. Rozwijasz się dalej w tej dziedzinie wytyczasz sobie cele?

Jasne. Nie mówię, że to jest wszystko na co mnie stać (śmiech). Kiedyś myślałam, że to jest normalne i każdy tak ma, że gdy naciska spust migawki to skacze mu poziom endorfin. Z czasem okazało się, że niektórzy nie lubią zdjęć, a ja mam w sobie wyjątkową miłość do fotografii (śmiech). Wykorzystuję to, pragnę przełożyć na coś realnego.

Aparat wykonany własnoręcznie przez Martynę
Aparat wykonany własnoręcznie przez Martynę

Z tego co pamiętam, 2 lata temu szukałaś modeli na pierwsze sesje portretowe?

Wtedy byłam ciekawa i chciałam nauczyć się pracować z ludźmi, jako fotograf. Co prawda, w liceum robiłam zdjęcia znajomym, ale to był taki okres, że ludzie wstydzą się być na zdjęciach, zawsze się zasłaniają, bronią przed obiektywem. Instagram okazał się być dla mnie wybawieniem. Umieściłam ogłoszenie w jednym poście z pytaniem, czy ktoś z moich obserwatorów chciałby pójść ze mną na zdjęcia w roli modela/modelki. Za pierwszym razem zgłosiło się około 30 osób, czego zupełnie się nie spodziewałam. Nie miałam  nawet szans zapisać ich wszystkich! Brakło mi miejsca w kalendarzu. Kiedy umówiłam się na pierwszą sesję, byłam właściwie tak samo stremowana jak moja modelka (śmiech). To był test. Zwracałam uwagę na to ile czasu zajmuje mi wykonanie określonej liczby zdjęć, jak ludzie na mnie reagują. To było świetne doświadczenie, poznałam wiele fantastycznych osób. Powoli zaczęła kiełkować w mojej głowie taka myśl, że to jest biznes, w którym mogłabym się odnaleźć. I faktycznie, mam coraz więcej płatnych zleceń.

Widziałam na Twoim Instagramie też sesje ślubne i brzuszkowe, to jest dla Ciebie nowe doświadczenie?

Tak naprawdę to wszystko jest dla mnie nowe. Pierwsze zdjęcia ślubne robiłam w zeszłym roku w czerwcu, a pierwszą brzuszkową  na początku tego roku. To  dla mnie duże wyzwanie. Pracuje się wtedy praktycznie z trzema osobami.

Jaki rodzaj zdjęć lubisz robić najbardziej?

Uwielbiam robić sesje portretowe. Kiedyś ktoś na Instagramie zapytał mnie po co robię zdjęcia portretowe ludziom, którzy są dla mnie zupełnie obcy. Dodatkowo, zarzucił mi, że na publikowanych zdjęciach wcale nie pokazuję siebie, tylko właśnie tych „obcych” ludzi… To nieprawda. Ja jestem w każdym z tych zdjęć. Kiedy patrzę na wykonany przeze mnie portret danej osoby, to nie widzę w nim  jedynie jej twarzy, osobowości, nastroju, ale również samą siebie – autora, fotografa, moją własną wizję i spojrzenie na tą osobę. W każdym tym zdjęciu jestem też ja. Lubię robić portrety, bo cieszy mnie i intryguje odkrywanie w ludziach ich prawdziwej natury, ale także ich uśpionej pewności siebie. Praktycznie wszyscy – przynajmniej na początku- są nieśmiali. Większość ma kompleksy. Często, przed rozpoczęciem sesji słyszę: „uważaj bo mam duży nos”, „uważaj bo mam krzywe nogi”.  Niestety mamy tendencję do niedoceniania swojego uroku i wyjątkowości, bezsensownie porównując się z innymi. Ja też mam swoje kompleksy, ale nigdy nie pozwoliłam, żeby one mnie pożarły, ograniczały w tym co robię. Poprzez zdjęcia portretowe staram się ludziom przynosić radość. A tym ślicznym, bezpodstawnie zakompleksionym dziewczynom, chcę pokazać, że są piękne: w tym kim są, co potrafią robić, jak pozują i wyróżniają się na tle innych. Przekonuje je, by nie porównywały się z modelkami z katalogów. Lubię ten bliski kontakt jeden na jeden, to świetna okazja żeby dowiedzieć się jaka ta osoba naprawdę jest, jak wygląda w naturalnych warunkach. Każdy z nas jest fascynujący.

Sesje par są trudniejsze?

Zdjęcia par są ciężkie. Trudno jest w niewulgarny sposób pokazać intymność i bliskość dwóch osób. A jak jeszcze wchodzi trzecia osoba, nawet jeśli chwilowo siedzi w brzuchu to już w ogóle (śmiech). Z jednej strony, fajnie jest pokazać ten brzuszek, z drugiej nie chce przesadzić, żeby to nie wyglądało sztucznie, na nadmiernie ustawione. Zwłaszcza, że to są dla mnie obce osoby, które zazwyczaj widzę pierwszy raz w życiu na oczy.  Zależy mi, żeby to co pokażę na zdjęciach było naturalne, ale Ci ludzie nie będą się przecież od razu naturalnie zachowywać. Musimy najpierw wypracować wspólny język. Ja zawsze podkreślam, że to żeby model/modelka korzystnie wyszedł/wyszła na zdjęciu to jest też mój cel, a nie tylko klienta. I po takiej deklaracji, klientowi często otwierają się oczy. Uświadamia sobie coś z czego może wcześniej nie zdawał sobie sprawy: fotograf nie chce wcale mi zaszkodzić, tylko ukazać mnie w jak najlepszym wydaniu. Moim celem jest to, aby pokazać drugą osobę jak najlepiej. Często mówię moim klientom: jeśli nie lubisz któregoś profilu, to ustaw się drugim.

Zdjęcie portretowe modelki, wykonane przez Martynę.
Zdjęcie portretowe modelki, wykonane przez Martynę.

Jako fotograf masz skłonność do podświadomego oceniania swoich klientów, albo w ogóle ludzi? Widzisz osobę i myślisz sobie: co za piękność! albo kolokwialnie mówiąc… z niej to i tak nic nie będzie?

Nie, bo ma brzydkich ludzi. Są tylko trudniejsi i łatwiejsi w pracy, to prawda. Zadaniem dobrego fotografa jest to, aby każdy, niezależnie od sylwetki, czy rysów twarzy wyglądał dobrze na zrobionym przez niego zdjęciu. Nauczyłam się, że warto rozmawiać z ludźmi, tłumaczyć im dokładnie co będziemy robić. Sugeruje im, jakie gesty wyglądają najkorzystniej. Zawsze powtarzam, ze żadne ze zdjęć, które zrobię nie będzie idealne. Dbam o to by sesja przebiegała w sposób dynamiczny, zachęcam do poruszania się i wiem, że  gdzieś pomiędzy jednym, a drugim krokiem, spojrzeniem, uśmiechem trafię na to zdjęcie doskonałe. Zdjęcie, na którym uchwycę TEN moment. Ten jeden, wyjątkowy przypadek.

Wyobrażam sobie, że zdarza Ci się, że np. niektórzy chcieliby mieć super zdjęcia, ale krępują się stać przed obiektywem… Czy „rozpracowanie” modela przed przystąpieniem do sesji to dla Ciebie wyzwaniem?

Miałam takie modelki, które stawały, robiłam kilka zdjęć, na wszystkich wyglądały świetnie i właściwie nie wymagało to ode mnie wysiłku (śmiech). Ale miałam na przykład też taką klientkę, młodą dziewczynę, która była naprawdę śliczna, ale przed aparatem się tak peszyła, że było mi niezmiernie trudno coś z tej sesji wyciągnąć.

Dążysz teraz do założenia własnej działalności?

Bardzo tego chcę. Moim marzeniem jest posiadanie własnego zakładu fotograficznego  na Pradze z fotografią szlachetną, kolodionową, analogową. Taką z początków XX w., wykonywaną starymi drewnianymi aparatami na szklanych płytkach. To zahacza o jakąś równoległą rzeczywistość, w której się absolutnie odnajduje.

Autoportret, wykonany techniką mokrego kolodionu.

Czy w Warszawie są już takie zakłady?

Niewiele, chyba jeden albo dwa. Byłam w tym roku na warsztatach z fotografii koloidalnej. Odbywały się w ciemni i tutaj akurat przydało się moje doświadczenie w pracy w laboratorium na studiach (śmiech). Mimo tego, że na warsztatach byli sami zawodowi fotografowie, którzy mają znacznie więcej doświadczenia niż ja, dostałam komplementy, że w życiu nikt nie widział, żeby tak estetycznie i sprawnie pracować w laboratorium.

Martyna podczas pracy w ciemni.
Martyna podczas pracy w ciemni.

Czy w swojej pracy wykorzystujesz też fotografię analogową?

Tak, bardzo to lubię. Kiedyś, gdy zaczynałam, przeczytałam w internecie, że do aparatu można podpiąć stare obiektywy z odpowiednią przejściówką. Było to dla mnie spore ułatwienie ze względu na wysoką cenę nowych obiektywów. Idąc tym tropem, zaczęłam kupować stare obiektywy, które okazały się po prostu obłędne. To narzędzie, które pomaga uzyskać piękne efekty zdjęć… Później okazało się, że mój ojciec ma całą kolekcję takich starych obiektywów, o której mi nie powiedział! (śmiech) Mam ogromną ilość zdjęć analogowych, zrobionych podczas moich podróży. Chociażby, z wycieczki do Wietnamu przywiozłam 30 rolek. Poszłam z nimi do lokalnego fotografa, który podpowiedział mi jak samodzielnie wydrukować czarno-białe negatywy. Pierwsze wywoływałam samodzielnie w czerwonym winie, kolejne w kawie. Efekty były całkiem zadowalające. Później kupiłam niezbędne odczynniki do wywoływania czarno-białych zdjęć. Po drodze okazało się, że wywoływanie w kolorze, nie jest wcale trudne i to również robiłam samodzielnie. Informacji szukałam w internecie, jednak z mojego reasarchu wynika, że poradników dla amatorów w tym temacie nie ma. Wszystkie pisane są językiem skierowanym do profesjonalistów. Dlatego mam teraz taką misje, żeby uczyć innych, odczarowywać ten trud (śmiech).

"Mam ogromną ilość zdjęć analogowych, zrobionych podczas moich podróży. Chociażby, z wycieczki do Wietnamu przywiozłam 30 rolek."
„Mam ogromną ilość zdjęć analogowych, zrobionych podczas moich podróży. Chociażby, z wycieczki do Wietnamu przywiozłam 30 rolek.”

Czyli masz sporo planów?

Taak. Jest bardzo dużo rzeczy, których mogę się nauczyć. To mi się właśnie w pewnym momencie nie podobało i męczyło w mojej modelinowej działalności – miałam wrażenie, że doszłam do ściany, nie ma już nic więcej, oprócz lepienia ciągle tych samych ciasteczek. Z fotografią jest inaczej, bo wiem gdzie mogę się rozwijać, w którą stronę podążać dalej.

Czyli podsumowując: warto robić w życiu to co przynosi radość i spełnienie. Bez tego, daleko nie zajedziemy, zwłaszcza jeśli chcemy się rozwijać, a nie tkwić w martwym punkcie do końca życia.

Mój ojciec zawsze powtarza: „Jeżeli coś lubisz robić i robisz to dobrze, to w pewnym momencie się pojawią pieniądze”. Też chcę w to wierzyć. W to, że najlepszą inwestycją jest inwestowanie w samego siebie. Teraz, kiedy wiem kim jestem, co lubię i czego chcę, jestem w stanie inwestować w siebie z większą pewnością.

Dobrze zdać sobie sprawę z tego w jednak dość młodym wieku. Niektórzy dochodzą do tych wniosków albo są gotowi na poważne decyzje o wiele, wiele później.

Jasne, że tak się zdarza, choć ja i tak uważam, że mogłam ogarnąć się wcześniej (śmiech).

Całe życie przed Tobą. Życzę Ci samych sukcesów w realizowaniu swojej pasji. No i niech się monetyzuję, rzecz jasna!

Dzięki!

Dziękuję za rozmowę.😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

69 + = 74