Wywiad #1 Danusia Dulska o swoim atelier sukien ślubnych Suknie i Welony

Z Danusią spotykam się w słoneczne, wrześniowe przedpołudnie.

Wchodząc do pięknej kamienicy na ulicy Wilczej, w której mieści się pracownia Suknie i welony, przemierzając lśniące schody prowadzące do atelier, czuję się ogromnie podekscytowana wizją poznania szczegółów dotyczących jej historii , tego jak od pomysłu przeszła do działania. Kiedy przestępuję próg pomieszczenia, pierwsze co przychodzi mi do głowy to… spójność. Spójność pomysłu, stylu, projektów, wnętrza. Wszystko co przed naszym spotkaniem widziałam i czytałam na stronie internetowej pracowni, nagle staje się takie prawdziwe.

Na długim wieszaku wisi rząd sukien. Eleganckich, prostych, dziewczęcych. Z pewnością wygodnych.

Maszyna do szycia przypomina o tym, że jest to miejsce tworzenia i dobrych pomysłów.

Biel ścian i okiennic, piękne stylowe meble, wszystko idealnie ze sobą współgra i sprawia, że chce się zostać.

A Danusia, kreatorka tego miejsca i niezwykłych projektów, jej uśmiech, bijąca od niej szczerość i życzliwość utwierdza mnie w przekonaniu, że trafiłam pod właściwy adres. Nawet jeśli zakup sukni ślubnej mam już za sobą.

Zapraszam do lektury. 

Jesteś założycielką marki sukien ślubnych, projektujesz i szyjesz suknie na jeden z najbardziej wyjątkowych dni w życiu każdej kobiety. Biorąc jednak pod uwagę ścieżkę Twojej edukacji, zdaje się, że praca projektantki sukien ślubnych nie była dla Ciebie najbardziej oczywistą wizją kariery zawodowej, jaką mogłabyś wybrać. Jakie studia skończyłaś i czy ich wybór był dziełem przypadku czy może jednak wcześniej, w przeszłości miałaś silne przekonanie, że praca inżyniera to Twoje powołanie?

Danusia: Skończyłam Inżynierię środowiska, specjalność Inżynieria sanitarna i wodna na Politechnice Warszawskiej. To, ze wybrałam te studia to niby nie był przypadek…ale jednak trochę tak. W liceum byłam w klasie matematyczno-fizycznej i po prostu stwierdziłam, że pójdę za ciosem. Poza tym, mam dwie starsze siostry, z których jedna skończyła socjologię na uniwersytecie, a druga była na SGGW (Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie) więc doszłam do wniosku, że chcę obrać trochę inną drogę niż one. Poza tym motywowała mnie myśl, że po Politechnice zawsze znajdzie się jakaś dobra praca. I to był chyba główny argument, poza tym, że trzy lata w liceum ukierunkowały mnie już na te nauki ścisłe.

Dobrze się czułaś na tych studiach czy miałaś jednak takie myśli, ze to nie do końca może być to czego byś chciała i oczekiwała?

Danusia: Pierwszy rok być ciężki, ale wydaje mi się, że chyba jest taki dla każdego kto idzie studia na Politechnikę. To jest jednak zupełnie co innego niż szkoła średnia. Owszem, miałam problemy, już od początku, żeby zaliczyć na przykład matematykę. Z mojej perspektywy w tamtym czasie, każde kolokwium to była właściwie taka matura. Męczyłam się, ale stwierdziłam, że jak już zaczęłam to chcę to dokończyć, chociaż ten pierwszy stopień żeby mieć tytuł inżyniera. Raz brałam dziekankę, a w międzyczasie próbowałam też innych studiów.

Jakich?

Danusia: Dużo śpiewałam w chórze. Chciałam się bardzo nauczyć grać na jakimś instrumencie, najchętniej na pianinie. Dlatego szukałam jakiejś szkoły muzycznej w Warszawie. Padło na Instytut Szkolenia Organistów. To była szkoła wieczorowa, co tydzień w poniedziałki się spotykaliśmy, ale to były właściwie normalne pięcioletnie studia. Skończyłam dwa lata, najwięcej chciałam wyciągnąć z tej gry na fortepianie i nauczyć się czytać z nut. Kiedy nadszedł  trzeci rok i miały wchodzić organy to stwierdziłam, że pasuje, że nie chcę być przecież organistą w kościele (śmiech). Wycisnęłam z tego co się dało i wiem, że było warto, chociażby dla samej siebie. Jednak  wiedziałam też, że łączenie studiów na Politechnice, które mimo wszystko chciałam skończyć i tych studiów muzycznych to było zbyt dużo i podjęłam decyzję, że chcę skupić się na jednym. Bardziej mi zależało żeby mieć to wykształcenie wyższe politechniczne niż muzyczne więc wybrałam inżynierię.

Czy jeszcze jakieś inne studia, kierunki, które chciałaś podjąć przychodziły Ci kiedykolwiek do głowy?

Danusia: O tak. Kiedyś bardzo chciałam iść na reżyserię dźwięku. To też jest kierunek techniczny, wykładany na Politechnice w Poznaniu. Gdy my szłyśmy na studia czyli w 2010 roku, to był akurat pierwszy raz kiedy otworzyli ten kierunek, właśnie w Poznaniu. Jednak z tego względu, że wiązało się to z przeprowadzką do innego miasta, z powodów osobistych nie zdecydowałam się na wyjazd i nie wzięłam udziału w procesie rekrutacji. Nigdy się nie dowiem czy bym się dostała.

Skończyłaś zatem studia inżynierskie na Inżynierii Środowiska. Brałaś pod uwagę kontynuację na studiach magisterskich czy powiedziałaś sobie: wystarczy?

Danusia: Nie, zupełnie nie brałam pod uwagę kontynuacji. Tak się przemęczyłam, że po obronie postanowiłam zamknąć ten rozdział na dobre. Zresztą już w międzyczasie zaczęłam pracować, szyć.

Projekty sukien Danusi możecie obejrzeć  w jej autorskim atelier, które mieści się na ulicy Wilczej 8 w Warszawie

Jak to się zaczęło?

Danusia: Ostatnie pół roku na studiach jest przeznaczone już raczej na pisanie pracy dyplomowej, co wiąże się z mniejszą ilością zajęć obowiązkowych na uczelni więc mogłam sobie na to pozwolić. Tak się złożyło, że na tej samej ulicy na której ja mam teraz swoją pracownię, kawałek dalej był swego czasu inny salon sukien ślubnych, w którym zresztą moja przyjaciółka zamawiała suknie na swój własny ślub. Któregoś dnia wracając z zajęć na uczelni, przechodziłam właśnie obok tego salonu. Zauważyłam, że na witrynie wywieszone jest ogłoszenie o wolnym stanowisku. Szukali krawcowej. Zadzwoniłam od razu do mojej przyjaciółki żeby jej o tym powiedzieć. Bardzo zachęcała mnie żebym odpowiedziała na to ogłoszenie. Był tam podany numer telefonu. Przechodziłam obok tej witryny jeden dzień, drugi, trzeci, aż w końcu stwierdziłam, że raz się żyje. Zadzwoniłam.

Jak poszło?

Danusia: Nie miałam wtedy jakiegoś specjalnego doświadczenia w szyciu. Umiałam tyle ile nauczyłam się na starej maszynie do szycia mojej mamy, która zresztą słabo działała. Umiałam jedynie prosty ścieg, naprawdę nie za wiele robiłam wcześniej. Kiedy zadzwoniłam, odebrała szefowa i w pierwszych słowach zapytała jakie mam doświadczenie. Szczerze powiedziałam, że niezbyt duże, że potrafię szyć jakieś proste rzeczy, ale bardzo chcę spróbować. Dała mi szansę i zaprosiła mnie na dwa dni próbne do tego salonu. Poznałam tam dziewczyny, krawcowe. One szukały kogoś do pracy na sezon ślubny, który zaczyna się w czerwca i trwa mniej więcej do września. Wtedy cały czas wydaje się suknie ślubne. I muszę przyznać, że porządnie mnie przyuczyły. Przez trzy tygodnie dosłownie nade mną stały i patrzyły mi na ręce. Po tych dwóch dniach próbnych zdecydowały, że mnie chcą. Podpisałam pierwszą w życiu umowę o pracę. Pracowałam tam przez rok. To było nieocenione doświadczenie. Nauczyłam się naprawdę bardzo dużo. A później stwierdziłam, że chcę założyć coś swojego.

Szybko przeszłaś od pomysłu do działania?

Danusia: Tak. Zarejestrowałam się, jako bezrobotna w Urzędzie Pracy i czekałam na ogłoszenie konkursu na nabór wniosków o dofinansowanie działalności gospodarczej. Złożyłam pierwszy wniosek o dofinansowanie wspólnie z koleżanką, którą poznałam właśnie w tym salonie, w którym pracowałam przez wcześniejszy rok. Niestety pojawiły się pewne przeszkody na drodze naszej współpracy, które spowodowały, że zrezygnowałyśmy z pomysłu wspólnego zakładania firmy. Ona zaczęłam pracę gdzie indziej. Poza tym w czerwcowym konkursie, nasz wniosek został odrzucony, ale w urzędzie zachęcali mnie żebym próbowała dalej w kolejnym naborze.

Próbowałaś ponownie?

Danusia: Tak, w sierpniu złożyłam kolejny wniosek i we wrześniu okazało się, że przyznano mi dofinansowanie.

Wiem, że brałaś również udział w programie Sieć Przedsiębiorczych Kobiet, który pomaga kobietom w zakładaniu własnej działalności ?

Danusia: Tak. Zanim jeszcze się dowiedziałam, że przyznano mi dofinansowanie, o które się ubiegałam, zgłosiłam się do naboru do programu Biznes w Kobiecych Rękach. Program trwa 7 miesięcy. W każdym miesiącu, przed dwa pełne dni uczestniczy  się w intensywnych spotkaniach w postaci szkoleń. Oprócz tego przez cały czas trwania programu, każda z uczestniczek jest pod skrzydłami swojej mentorki, którą sama sobie wybiera. Mentorkami są doświadczone kobiety, które od wielu lat działają w biznesie i znają jego tajniki od podszewki. Każda z nich jest niesamowita. Ja akurat wybrałam Basię Chwesiuk, fantastyczną kobietę, która prowadzi firmę Bialcon (marka odzieżowa). Uzyskałam od niej wiele cennych rad, zresztą cały czas mam z nią kontakt. Jednym z warunków uczestnictwa w tym programie jest założenie własnej działalności po tych siedmiu miesiącach, gdy program dobiera końca. Dzięki temu dofinansowaniu, które dostałam, bez problemu mi się to udało. W listopadzie 2017 roku założyłam firmę „Suknie i welony”. Kupiłam materiały i zaczęłam szyć sukienki. Później zrealizowałam też sesję zdjęciową i wystartowałam z promocją swojej marki w internecie.

Kiedy miałaś pierwszą klientkę?

Danusia: Pierwszą klientkę miałam już rok temu czyli jeszcze przed założeniem firmy. To była znajoma mojego przyjaciela. Ola miała nietypowy pomysł, chciała mieć na swój ślub krótką sukienkę z czerwonym tiulem pod spodem, której nikt jej nie chciał uszyć. Ja podjęłam się tego zlecenia. To było świetne doświadczenie (efekt możecie zobaczyć tutaj). Zresztą to jest zabawna historia bo Ola miała ślub w zeszłym roku, w dniu moich urodzin, dziewiętnastego sierpnia. Ja niestety nie mogłam się na tym ślubie pojawić bo byłam wtedy na wakacjach i tego dnia również oświadczył mi się mój obecny mąż. To był super dzień (śmiech).

Wróćmy jeszcze na chwilę do początku. Czy szycie to była Twoja długoletnia pasja?

Danusia: Tak naprawdę zaczęłam szyć po zakończeniu długoletniego związku. Człowiek po rozstaniu ma nagle tyle czasu wolnego, że nie wie co z nim zrobić. I stwierdziłam, że muszę sobie znaleźć jakąś pasję bo ile można chodzić na basen, ile można biegać (śmiech). W końcu to przestało być dla mnie wystarczające. I w ten sposób, pewnego dnia dokopałam się do maszyny do szycia mojej mamy i zaczęłam szyć, najpierw tak dla zabawy żeby po prostu się czymś zająć. Uszyłam sobie spódnicę, jakąś bluzę, kilka elementów dekoracyjnych jak na przykład poszewkę na poduszkę. Pewnego dnia poszłam do TK Maxx’a i zobaczyłam taki przybornik na pędzle do makijażu wykonany z kawałka skóropodobnego materiału, który uszyty był w bardzo prosty sposób. Jak zobaczyłam cenę to osłupiałam, kosztował aż sto złotych. To zapoczątkowało pomysł aby zacząć szyć kosmetyczki. Pierwszą taką rzecz na wzór tego co zobaczyłam w sklepie, uszyłam ręcznie z filcu, który kupiłam w Empiku. I tak powstała pierwsza kosmetyczka. Kolejną uszyłam już na maszynie do szycia i wyglądało to dużo ładniej. Tak właśnie powstała moja strona na facebooku „Made by Deni” . To było dawno. Pamiętam dokładnie, że założyłam ją 9 sierpnia 2009 roku czyli kiedy jeszcze byłam w liceum. Szyłam głównie te kosmetyczki, dawałam je znajomym w prezencie albo sprzedawałam wśród przyjaciół i rodziny za jakieś 20 złotych, po to żeby chociaż koszty wykonania mi się zwróciły. Szyłam też torby materiałowe. Czyli coś tam umiałam. Najpierw bardzo się w to angażowałam, później to trochę osłabło. Aż w końcu znalazłam tą pracę, jako krawcowa w salonie i to ewoluowało w zupełnie innym kierunku.

„Na prowadzenie tej firmy zdecydowałam się przecież przede wszystkim dlatego, że sprawia mi to ogromną przyjemność (…)”

Czy myślałaś o sobie wcześniej, jako o założycielce firmy czy raczej spodziewałaś się, że będziesz pracować u kogoś?

Danusia: W ogóle nie sądziłam, że założę własną markę. Wiele zawdzięczam mojemu mężowi, który w całym tym procesie niezwykle mnie wspierał i mocno wierzył i nadal wierzy w sens tego co robię. Wie, że to lubię. Na prowadzenie tej firmy zdecydowałam się przecież przede wszystkim dlatego, że sprawia mi to ogromną przyjemność, choć gdy pracowałam w tamtym pierwszym salonie był taki moment, że trochę się wypaliłam. Pracowałam wtedy po czternaście godzin dziennie, często nie miałam nawet czasu na obiad. Wracałam do domu tylko spać. Tak funkcjonowałam przez kilka miesięcy, aż doszłam do wniosku, że taki tryb życia to zagrożenie zarówno dla mojego zdrowia, jak i mojego związku. Nie miałam wtedy czasu dla chłopaka. To było dla mnie bardzo ciężkie i była to jedna z przyczyn, dla których zrezygnowałam z tamtej pracy.

Czy teraz dobrze się czujesz, jako swój własny szef?

Danusia: Dobrze. Aczkolwiek, mam wrażenie, że nieraz zdarzają się problemy z motywacją (śmiech).

Jakie aspekty tej pracy lubisz najbardziej?

Danusia: W tej pracy uwielbiam to, że wciąż poznaję kogoś nowego, nieraz utrzymuje kontakt z klientkami jeszcze długo po ich ślubie, do którego poszły w sukience mojego wykonania. To jest bardzo miłe. Ta klientka, której uszyłam sukienkę z czerwonym tiulem podobno na swoim weselu kiedy witała wszystkich gości, w pierwszym zdaniu powiedziała, że poleca wszystkim Danusię, krawcową, która uszyła moją suknię.

Czyli była Ci bardzo wdzięczna, że tą jej nietypową wizję sukienki uczyniłaś realną?

Danusia: Chyba tak. Ale musiała być też bardzo zestresowana witając tych gości (śmiech).

A kiedy już założyłaś własną firmę i formalnościom stało się zadość, czułaś radość czy może przerażenie?

Danusia: Na początku miałam takie nastawienie, że nie zarobię za wiele, albo nawet nic. Moment, w którym wystartowałam z własną firmą nie był najbardziej fortunny z punktu widzenia branży ślubnej. Z firmą ruszyłam w listopadzie, promocję i przedstawienie swojej oferty w internecie zaczęłam dopiero w lutym. To był tak naprawdę najgorszy moment dla moich sukni ślubnych. Taka specyfika tej branży, że od września do marca jest największe zainteresowanie sukienkami, a później w drugiej połowie roku jest już tylko ich wydawanie. Byłam świadoma tego, że w pierwszej połowie roku będę miała raczej tylko straty i jak już zaczęłam wychodzić na zero to poczułam radość i ulgę. Z każdym miesiącem jest coraz lepiej.

Jakie są Twoje suknie i welony? Jaki styl wyrażają i do jakich Panien Młodych są skierowane? Wydaje mi się, że Twoja pracownia prowadzona jest zgodnie z ideą piękno i elegancja tkwi w prostocie…?

Danusia: Często zgłaszają się dziewczyny, które mają swoją własną wizję sukienki. Prawie codziennie dostaję zapytania czy szyję sukienki z czyjegoś projektu. Przychodzą też dziewczyny, którym podoba się to, że moje projekty są takie proste i minimalistyczne. Dzięki tej prostocie można je łatwo wzbogacić dodatkami, biżuterią, bez efektu „przeładowania” finalnego look’u.

„Przychodzą dziewczyny, którym podoba się to, że moje projekty są takie proste i minimalistyczne (…)”

Czy na ten moment jesteś jedyną osobą pracującą w Twojej pracowni czy współpracujesz z kimś jeszcze?

Danusia: Tak, staram się współpracować z innymi firmami, mam kontakt z kilkoma krawcowymi, właścicielkami marek odzieżowych i sklepów z tkaninami. Staram się nawiązywać kontakty przy każdej możliwej okazji. Może w przyszłości rozwinie się to w coś więcej.

To znaczy, że ten moment jesteś osobą szyjącą, przyjmującą zamówienia, koordynatorem działań marketingowych, kontaktujesz się z klientkami? Robisz wszystko samodzielnie?

Danusia: Tak. Co prawda mam księgową, bo choć w tym obszarze chciałam mieć wsparcie specjalisty. Stwierdziłam, że nie chce totalnie wszystkiego brać na siebie.

Czy możesz wskazać jakieś konkretne umiejętności nabyte podczas studiów technicznych, które sprawdzają się w prowadzeniu pracowni i samym projektowaniu sukien?

Danusia: Tylko obliczanie wykroju dołu spódnicy bo tam trzeba wykorzystać promień koła i obliczyć obwód talii… Mogłabym to robić i po podstawówce, to nie jest duża wiedza ze studiów (śmiech).

Twoja firma jest czymś w co chcesz inwestować, krawiectwo jest tym w czym chcesz się rozwijać? Chcesz więcej, lepiej, bardziej?

Danusia: Tak, na razie mam takie nastawienie. Nawet jutro zapisuję się na kursy, które pomogą mi w rozwijaniu i doskonaleniu moich umiejętności, jako krawcowej.

Na swój  ślub sukienkę szyłaś sama?

Danusia: Tak, choć trochę pomagała mi koleżanka, krawcowa bo sama przecież bym sobie nie wyrównała dołu (śmiech). To była jedyna rzecz w tej sukience, którą ktoś mi robił. No i jeszcze moja mama mnie mierzyła.

Zgodnie z nazwą marki, oprócz sukien masz w ofercie również welony? Cieszą się zainteresowaniem?

Danusia: Średnio. Chyba od tego się teraz trochę odchodzi. Chociaż wczoraj dałam jednej z klientek welon, której bardzo na nim zależało ze względu na swojego przyszłego męża, który sobie wymarzył, że zobaczy swoją żonę w welonie (śmiech).

Suknie, które masz w pracowni to jest Twoja stała oferta?

Danusia: Tak. Mam taką wizję mojej firmy, która kieruje się ideą minimalizmu. Staram się to robić trochę w duchu eco i zero waste i raczej nie będę wypuszczać często kolekcji. Co prawda właśnie stworzyłam nową kolekcję (premiera odbyła się w sobotę 15 września, kolekcję jesienną Rosa możecie obejrzeć tutaj) ale to głównie po to żeby zdobyć szersze grono odbiorców, żeby mnie dziewczyny zauważyły. W przyszłości nie planuję wypuszczania nowych kolekcji jakoś bardzo regularnie.

Czy Twoje suknie mają jakieś nazwy albo imiona?

Danusia: Wiem, że w salonach nazywa się sukienki i z mojego punktu widzenia to trochę dziwne. Nie podoba mi się ten trend. Stwierdziłam, że nie chcę ich nazywać, myślę jednak, że nazwę swoje kolekcje skoro już mam dwie (w ostatnią sobotę 15 września, wyszła nowa, jesienna kolekcja Sukien i Welonów), ale nie rocznikiem, w którym powstała tylko jakąś inną, oryginalną nazwą. To jeszcze kwestia do przemyślenia.

Doradzasz swoim Klientkom wybór modelu sukienki, mówisz im jak w nich wyglądają czy raczej unikasz takich osądów?

Danusia: Czasem od razu widać, że to jest to, że dziewczyna dobrze w jakimś modelu wygląda, a w innym ma taką minę, która krzyczy zdejmij to ze mnie! (śmiech). Często mówię co myślę, ale jestem też w tym bardzo delikatna.

Wracając jeszcze do tematu samych studiów, czy z perspektywy czasu, uważasz, że studia na Politechnice były dobrą decyzją czy gdybyś mogła cofnąć się w czasie, inaczej pokierowałabyś swoją ścieżką edukacji?

Danusia: Wiesz, ja jestem fanką stwierdzenia, że „w życiu nie ma czego żałować” bo jednak wszędzie, jeśli się chce to się można czegoś nauczyć. Ja się na pewno nauczyłam na tych studiach takiej zawziętości. Może powiem co jeszcze z tych studiów wyniosłam oprócz tego obliczania promienia koła (śmiech). Bywały takie sytuacje, że bardzo chciałam coś z całej siły zaliczyć, a wiadomo, jacy prowadzący nieraz byli… Mimo wielu prób i tej ciągłej drogi pod górę, nauczyłam się tego, że wszystko jest możliwe tylko trzeba się mocno spiąć i chcieć. To mi bardzo pomogło, na pewno mnie to bardzo wzmocniło. Czuję, że to jest pomocne, że te studia nauczyły mnie życia. Takiego podejścia do tematu, że może być jeszcze gorzej, a jak będzie gorzej to i tak dam radę. Zawsze trzeba walczyć o swoje.

„Mimo wielu prób i tej ciągłej drogi pod górę, nauczyłam się tego, że wszystko jest możliwe tylko trzeba mocno chcieć.”

Czy masz jakieś rady, które dałabyś osobom niezadowolonym ze studiów które wybrały bądź z pracy, którą wykonują, a które nie wykonują próby zmian ze strachu przed nieznanym?

Danusia: Przede wszystkim, wydaje mi się, ze mnóstwo jest takich osób, które idą na studia ale nie są przekonane czy to jest do końca to. Jednak to często zależy od własnej siły i samozaparcia. Czasami trzeba zwyczajnie zaryzykować. Ja też w sumie sporo zaryzykowałam decydując się na założenie tej firmy. Na pewno chciałabym wesprzeć taką osobę, ale ona musiałaby też być pewna, że chce coś zrobić, coś zmienić. A jeżeli nie jest pewna, jest jej źle, ale nie wie czego chce to też jest ciężko. Wtedy trzeba po prostu próbować różnych możliwości, a niekoniecznie się to spodoba za pierwszym razem. Choć przyznam, że gdybym teraz miała cofnąć czas to nie poszłabym na Politechnikę, może wybrałabym szkołę zawodową krawiecką żeby się nauczyć doskonale szyć? Bo teraz już wiem czego chce. Podziwiam ludzi, którzy od dziecka wiedzą czego pragną. Mam siostrę cioteczną, która od dzieciństwa kochała zwierzęta i chciała być weterynarzem. I faktycznie poszła na weterynarię i leczy teraz zwierzęta. To jest niesamowite, że są tacy ludzie, którzy od samego początku są tak mocno na coś nakierowani i wiedzą co jest ich powołaniem. Zazdroszczę im tego. Niektórzy niestety dochodzą do tego dużo, dużo później.

Ale Ty już swoje powołanie znalazłaś!

Danusia: Tak, nareszcie! Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę i życzę wielu sukcesów w dalszym prowadzeniu firmy 😊

Danusia: Dziękuję również 😊

 

Mam nadzieję, że z przyjemnością przeczytaliście historię założenia marki Suknie i Welony, która być może zainspiruje Was do pozwolenia sobie na to aby dać szansę marzeniom. Nawet tym, które teraz wydają Wam się najbardziej szalone.

Zachęcam do odwiedzenia pracowni Danusi i przekonania się o wyjątkowości jej projektów na własne oczy. I na własnej sylwetce 😉

 

 Dream big. The person with big dreams is more powerful than one with all the facts, 

goniec instynktu

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

+ 35 = 45