„Zestresowałam się”… czyli krótka analiza demonów

Zestresowani w blokach startowych

Nie sądzę, żebym jakoś bardzo się pomyliła, twierdząc, że podejmowanie postanowień noworocznych jest modą, odnawianą cyklicznie co 12 miesięcy. Niestety, podążanie za tą konkretną modą bardzo często wiążę się ze stresem.

Odczuwamy presję przed wyzwaniem przebrnięcia z sukcesem przez kurs językowy, zdania śpiewająco sesji, otrzymania awansu w pracy czy zrewolucjonizowania swojej dotychczasowej diety. Wyznaczamy sobie małe zadania oraz długofalowe cele, chcemy żeby się udało, to oczywiste. Oceniamy swoje postępy, nasze postępy oceniane są przez innych.  A prawda jest taka, że prawie nikt nie lubi być oceniany. I trudno się temu dziwić.

Ocena przecież, niesie ze sobą ryzyko krytyki, wywleczenia na światło dzienne naszych niedoskonałości, co u większości osób wywołuje negatywne odczucia, jak złość, poczucie wstydu, zażenowania, czasami również niesprawiedliwości i krzywdy. Ocena, także ta w formie krytyki konstruktywnej , czyli takiej, która z założenia w obiektywny sposób wskazuje nasze słabe punkty, jest jednak niezbędnym elementem procesu podnoszenia kwalifikacji. Jako proces podnoszenia kwalifikacji mam tutaj na myśli wszelkiego rodzaju testy, egzaminy, rozmowy rekrutacyjne na studia lub do pracy.

U większości ludzi, których znam, a także jak przypuszczam, u tych których nie znam osobiście, ale których, każdego dnia, mijam przypadkowo na ulicy, zdawanie egzaminów wywołuje stres. Zgodnie z definicjami przedstawionymi w wiarygodnych źródłach, stres jest reakcją organizmu na bodziec stresowy i może być przyczyną wielu dokuczliwych i nieprzyjemnych objawów, które w zależności od nasilenia i czasu trwania, mogą spowodować długofalowe konsekwencje zdrowotne.

Kolanka jak z waty

Przechodząc do serca tego postu, chciałabym poinformować wszystkich moich Uważnych i Świadomych Czytelników i Czytelniczki, że jestem osobą, która zawsze stresowała się do przysłowiowej nieprzytomności. W praktyce oznaczało to koszmary senne, drżenie i potliwość dłoni, uginanie się kolan, suchość i opuchliznę gardła, chrypę, łzawienie oczu.

Prawdopodobnie przypadek ten kwalifikował się do leczenia, jednak na przestrzeni lat, żyłam nieustanną nadzieją, że „z tego wyrosnę”, nie wyciągając dłoni po lekarską pomoc.
Nie wyrosłam. Różnica pomiędzy tym co było, a tym co jest teraz, jest jednak taka, że doświadczenie pozwoliło mi na oswojenie się z pewnymi sytuacjami.  Dzięki temu towarzyszące mi objawy stresu w konkretnych okolicznościach, nie są już tak silne jak były lata temu.

Mimo to, wciąż należę do tej grupy ludzi, która często stresuje się za bardzo, a przede wszystkim – niepotrzebnie.

Post ten jednak, nie ma na celu analizy mojego problemu z odczuwaniem nadmiernego stresu ani przedstawienia gotowego rozwiązania jak sobie z nim radzić. Jednak jeśli ktoś z Was, również przeżywa wszystko co go spotyka z nasiloną intensywnością – wiedzcie, że nie jesteście w tym osamotnieni !

Moim zamysłem jest raczej podzielenie się z Wami pewnym spostrzeżeniem i myślą, która przyszła mi do głowy po rozmowie ze znajomą, która była naprawdę potwornie zestresowana faktem zdawania egzaminu na prawo jazdy, co x razy znaczenie utrudniło jej zakończenie swojej próby upragnionym sukcesem.

Cenny kawałek plastiku

Dla jasności i uniknięcia nieporozumień, podkreślam, że mam pełną świadomość specyfiki egzaminu, o którym mowa. Ja sama czterokrotnie mordowałam się z gburowatym egzaminatorem, krawężnikami, które nie chciały się przesunąć, kierowcami, którzy nie chcieli przepuścić mnie na rondzie (…?!) oraz demonami we własnej głowie, póki nie otrzymałam tego, jakże cennego kawałka plastiku. I, jasne – nie każdy musi być kierowcą. Co więcej ! Nie każdy powinien nim być. Ale większość się stara, bo auto się w życiu przydaje, a…licencja na jego prowadzenie, również.

Tak więc, za pierwszym razem nie zdała, bo coś po prostu poszło nie tak, ale za pierwszym razem często przecież coś idzie nie tak. Za drugim razem, odrobinkę (ale tylko odrobinkę!) poddenerwowana faktem, że to JUŻ drugi raz i że zapłaciła za dodatkowe lekcje i za dodatkowy egzamin, a przecież jest studentką i nie ma nadmiaru gotówki…znowu coś poszło nie tak.

„Ale co się stało ?” – zapytałam ją podczas naszego spotkania, na świeżo po felernym egzaminie. „Noooo… Zestresowałam się kiedy tamten kierowca wyjechał z prawej, przecież dobrze wiedziałam , że powinnam była go przepuścić, ale tak się zestresowałam, że …”
I wszyscy wiemy co było dalej.

Nie taka sztuka do trzech razy

Za trzecim razem, a przecież powszechnie wiadomo, że do trzech razy sztuka (szczerze mówiąc, to nie, nie tak powszechnie…), zestresowana tym, że to JUŻ trzeci raz, i że zainwestowała w tą próbę jeszcze więcej pieniędzy, podeszła do egzaminu z poczuciem, że tym razem, MUSI się udać bo na więcej już nie ma ani siły ani ochoty.

Doskonale rozumiałam, co ma na myśli. W końcu kilka lat temu przeżywałam ten sam mały koszmarek. Jednak, coś mnie tknęło w momencie kiedy zupełnie przypadkiem, po tych kilku nieudanych podejściach do egzaminu, zwierzyła mi się, że jest już tak zmęczona, a w dodatku rozmawiała z bratem, z siostrą, z tatą, z koleżanką, z kolegą i wszyscy mówią jej to samo, a raczej nie „mówią” tylko zarzucają gradem pytań.

Wspomniany grad pytań, jest, rzecz jasna z gatunku tych retorycznych i  brzmi mniej więcej tak :

PO CO TY się stresujesz ?

CZYM TY się stresujesz ?

DLACZEGO Ty się stresujesz ?

CHCESZ ZNISZCZYĆ sobie zdrowie z powodu jednego egzaminu ?

I inne z tego gatunku, mające na celu, jak przypuszczam, wsparcie (no nie wiem…?), danie do zrozumienia, że stres „niczego nie zmieni, nie pomoże, nie ułatwi”. Och, naprawdę ? A przecież wszyscy my, stresujący się za dużo i niepotrzebnie, żyliśmy cały czas w usilnym przekonaniu, że stres działa na nas zupełnie jak witamina C podczas jesiennego przeziębienia i stawia na nogi…

I ona dręczyła się wtedy jeszcze bardziej, myśląc sobie „ No tak, oni mają rację, czemu ja się stresuje, przecież to tylko głupi egzamin,CO JEST ZE MNĄ NIE TAK, ŻE SIĘ TAK STRESUJĘ ?!?!”

Wtedy pomyślałam sobie jak często (w podobnych okolicznościach ) przy okazji egzaminów, które sama zdawałam, a szczególne tych naprawdę ważnych egzaminów odczuwałam ogromny stres i jak niewiele było osób (a może była tylko jedna taka osoba ?) obok mnie, która zamiast spojrzenia na mnie z pogardą i rzucenia na odczepnego „Oj weź, przestań, po co się tym stresujesz, powiedziała „Rozumiem, że MOŻE Cię to stresować. Myślę jednak, że dasz sobie radę”. I w tamtym momencie, po wielu latach, zrozumiałam co potęgowało mój stres przez duży kawał mojego życia i co potęguje go być może u wielu innych osób, które mają problem z jego przeżywaniem.

A mianowicie, wystawianie się notorycznie na porównanie się z innymi osobami w podobnej sytuacji i zastanawianie się „ Co jest ze mną nie tak ? Dlaczego ona ma ‘wywalone’ na ten egzamin, a ja nie mogłam spać całą noc ? Dlaczego tak się przejmuje? Dlaczego tak to czuję ?”

Aż w końcu dochodzimy do „jestem jakaś dziwna, inna, oni przecież powtarzają, że nie ma czym się stresować, a ja cały czas odczuwam ten stres i nie potrafię tego zmienić !?!” No właśnie. Oni mówią. Ty bierzesz do siebie. Nie potrafisz tego zmienić. Nie potrafisz być wyluzowana jak oni. A w finale, stresuje Cię to jeszcze bardziej. Nakręcasz się. Czujesz się gorzej.

CZERWONE. STOP !

PO PIERWSZE  : ZAAKCEPTUJ SWÓJ STRES

I nie chodzi mi o to żebyś zaczęła się cieszyć z tego, że się stresujesz, nic z tych rzeczy. Pogódź się po prostu z tym, że w określonych sytuacjach go odczuwasz, być może zdarza się, że jest on nawet paraliżujący, jednak po prostu przyjmij to, że czasem będzie Ci towarzyszył.

Będzie tańczył na czole tego gburowatego egzaminatora podczas wjeżdżania na plac i śmiał się z Ciebie. Będzie czaił się w kącie klasy, w której zdajesz maturę. Będzie siedział pomiędzy kobietą z HR’ów a Twoim być-może-potencjalnym- przełożonym i szeptał złośliwe uwagi pod Twoim adresem.

Owszem, będzie. Jeśli to zaakceptujesz, tego ważnego dnia kiedy już poczujesz jego obecność, nie będziesz zaskoczona. Przywitasz go, niechętnie, jednak z myślą „Nie znoszę tego gościa, ale przynajmniej mogłam oswoić się z tą myślą, że go tu dziś zobaczę”.

Nie walcz z tym aż tak bardzoAkceptacja obecnego stanu rzeczy jest pierwszym krokiem do ważnych zmian.

PO DRUGIE (co wynika ściśle z pierwszego) : NIE PORÓWNUJ SIĘ DO INNYCH

Akceptacja Twojego stresu pozwoli Ci na wyzbycie się uporczywego, prześladującego Cię przekonania, które nakazuje Ci myśleć, że COŚ JEST Z TOBĄ NIE TAK. Że jesteś inna/inny niż reszta. Bo reszta się nie stresuje i nie przeżywa i ma wszystko w nosie.

Może ma, może nie. Ty nie masz. Wiem, że nadmierne stresowanie się jest uciążliwe. Dlatego po prostu podejmij decyzję, że nie będziesz się porównywać i wytrwaj w tej decyzji, powiedzmy, 7 dni. Zobacz co się stanie.

PO TRZECIE : ZDEMASKUJ TAK-ZWANY BLEF

Uświadom sobie, że być może, ta „reszta” do której ciągle się porównujesz, udaje. Zakłada maskę i obnosi się ze swoim wyluzowaniem, w środku czując coś zupełnie przeciwnego.

Ale ! Żeby było jasne, nie śmiem twierdzić, że robią tak wszyscy ludzie, którzy wydają się podchodzić do wydarzeń znaczącej rangi na tak zwanym luzaku, bo sama znam osoby, które w 100% swobodnie potrafią iść przez życie. Tak już po prostu mają.

Jednak część z nich gra. Blefuje. Ale to tylko i wyłącznie ich sprawa.

Ty masz prawo być taki jaki jesteś i to jaki jesteś jest w stu procentach OKEJ. 

PO CZWARTE: WIELU NIE ZROZUMIE. I TRUDNO

Najgorszym błędem, który popełniałam przez wiele lat było zwracanie się o „pomoc” lub poradę do tych wyluzowanych. „Jak Ty to robisz, że się nie przejmujesz, nie spinasz, przecież to egzamin dyplomowy /najważniejsza rozmowa o pracę w Twoim życiu!” pytałam. Takie rozmowy z nonszalanckimi luzakami, ZAWSZE przynosiły skutek odwrotny do pożądanego, tzn. zadręczałam się jeszcze bardziej.

A to dlatego, że taka osoba nie potrafiła powiedzieć nic innego od wspomnianego już wcześniej wielokrotnie „Ale przecież nie ma czym, po co, dlaczego…”. Oznacza to , że nie dostałam żadnej konstruktywnej porady na którą liczyłam (to, że na nią w ogóle liczyłam było moim błędem !). Zataczałam koło, pytając się wciąż co ze mną nie tak skoro ONA/ON się nie stresuję. Tak więc, raczej nie licz na konstruktywną poradę od luzaków, ponieważ oni nie rozumieją Twojego problemu. Po prostu nie wiedzą jak to jest być po drugiej stronie. I wiesz, w gruncie rzeczy dobrze dla nich.

Niech ktoś na tej planecie ma tą umiejętność swobodnego oddychania. Niezależnie od okoliczności.

NIE BÓJMY SIĘ SZUKAĆ WSPARCIA

Na zakończenie tego postu, chciałabym dodać, iż powstał on tylko i wyłącznie w oparciu o moje osobiste doświadczenia i przemyślenia. Nie zamieszczam w nim technik radzenia sobie ze stresem, gdyż nie jestem ekspertem i nie posiadam ku temu kompetencji, a na ten temat powstało wiele wartościowych poradników.

Moim małym celem było wskazanie punktu wyjścia do poradzenia sobie z faktem odczuwania stresu, a mianowicie przyznania samemu przed sobą występowania takiego problemu oraz akceptacji, że prawdopodobnie ten stres będzie nam towarzyszył podczas naszej drogi przez życie.

Jeśli jednak masz poważny problem z odczuwaniem stresu, a Twoja psychika bardzo cierpi, być może warto rozważyć wsparcie profesjonalisty. Zwrócenie się o pomoc oznacza chęć rozprawienia się z problemem i zawalczenia o jakość swojego życia. Zdecydowanie warto.

 

z pozdrowieniami dla wszystkim zestresowanych,

 

 

goniec instynktu

 

źródła zdjęcia: pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 + 5 =